piątek, 28 kwietnia 2017

Poutník Světlý Ležák Prémium

Zachciało mi się najklasyczniejszego z możliwych czeskiego pilznera. Przyznam, że średnio albo nawet słabo ogarniam tradycyjne czeskie browary, więc po prostu wszedłem do mojego ulubionego sklepu i poprosiłem moją ulubioną panią sprzedawczynię, żeby mi coś poleciła, bo tak kojarzyłem, że z Czechami ma ona chyba sporo wspólnego. Poleciła to. Pivovar Poutník z Pelhřimova, miasteczka w południowych Czechach, to nie byle co, bo prawa warzelne miasto uzyskało już w 1552 roku, a w XVII wieku tamtejsze browary domowo-komercyjne postanowiły połączyć siły. Obecny browar fizycznie istnieje od 1899 roku, więc też niczego sobie. Totalnie poświęca się pilznerom, warzy pięć różnych i nic innego poza tym.

Informacje ogólne:
Piwo: Poutník Světlý Ležák Prémium
Kraj: Czechy
Kraj (adm.): Wysoczyna
Miasto: Pelhřimov
Browar: Pivovar Poutník
Styl: czeski pilzner
Alkohol: 5%
Ekstrakt: 12%
Objętość: 500 ml
Warka: do 13.05.2017 r.
Cena: brak danych 

Opakowanie
No bądźmy szczerzy, ta etykieta jest po prostu brzydka, jakby browar zatrzymał się w czasach głębokiego komunizmu. Sytuację trochę polepsza o dziwo całkiem ładny kapsel, ale i tak to jedno z najbrzydziej opakowanych piw, które trafiły na mojego bloga. 
4/10

Barwa
Klasyczne, głębokie złoto. Jakieś minimalne farfocle.
3,5/5
 
Piana
Solidna.
3,5/5
 
Zapach
Dość nieskomplikowany, słodowy, ale bardzo miły. Słodowość chlebowa, zbożowa, mocno zaokrąglona, ze szczyptą, ale dosłownie szczyptą karmelu i trochę większą szczyptą ziemistego chmielu.
6,5/10
 
Smak
Tutaj chmiel mocniej się narzuca, głównie w postaci idealnej jak na pilznera goryczki. Piwo nie ma wad (jest minimalny diacetyl, ale naprawdę minimalny, taki że naprawdę spoko tutaj gra), pije się je dość przyjemnie, natomiast jest niesubtelne, nieociosane, wręcz... chamskie, szczególnie na poziomie słodowości. Ale za to ma fajny, długi, chmielowy, ziołowy finisz.
6/10
 
Tekstura
Za dużo gazu trochę, ale jest dobrze.
3,5/5

5.5/10

No tak nie bardzo. Nie tego szukałem, to nie jest satysfakcjonujący czeski pilzner. Brakuje mu gładkości, subtelności najlepszych reprezentantów stylu. Rzecz jak najbardziej do wypicia, ale raczej bez doznawania smaku, po prostu do wypicia bez narzekań.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Pracownia Piwa: Mr. Hard's Rocks American Man

Jestem fanem wszystkich dotychczasowych trzech obliczy Mr Hard's Rocks, flagowego RISa Pracowni Piwa - standardowego, wędzonego i mlecznego. A więc choć wersja nowofalowa, na amerykańskich chmielach, jara mnie najmniej, to głupio byłoby mi nie dać jej szansy. Zwłaszcza że czegoś takiego jak American Imperial Stout jeszcze nie piłem właściwie.

Informacje ogólne:
Piwo: Mr. Hard's Rocks American Man
Kraj: Polska
Województwo: małopolskie
Miasto: Modlniczka
Browar: Pracownia Piwa
Styl: amerykański stout imperialny
Alkohol: 10,5%
Ekstrakt: 25%
Objętość: 330 ml
Warka: do 13.10.2018 r.
Cena: 19,90 zł (30,15 zł za 0,5 l)

Opakowanie
Odrobinę mniej standardowa niż zawsze etykieta przez kolorystykę flagi USA.
7/10


 
Barwa
Nieprzejrzyście czarna.
5/5
 
Piana
Ekstremalnie gęsta, niemal jak na Guinnessie, ponadprzeciętnie obfita i bardzo trwała - prawie ideał.
4,5/5
 
Zapach
Nie żartowali z nowofalowym chmielem; piwo pachnie jak polskie ciemne IPA, czyli jak stout amerykański, tylko że bardziej masywny. Aromaty owocowe, mocne, skondensowane, mieszają się z palonym zbożem, czekoladą, pralinami, ciemnym ciastem. Z czasem mroczna strona zaczyna przeważać. Jest pięknie i bardzo intensywnie.
8/10
 
Smak
Bardzo chmielowe, tu już smakuje dość wyraźnie jak ciemne IPA, imperialne ciemne IPA. Mimo że zabutelkowane pół roku temu, chmiel zachował świeżość i rześki owocowo-żywiczny (tu bardziej żywiczny) charakter, no i goryczka jest spora, choć nie na poziomie nieustępliwego IPA. Okalają to wszystko nuty słodowe, ale o dziwo nawet słabsze niż w zapachu. Bardzo smaczne. Warto podkreślić absolutną niewyczuwalność alkoholu.
8,5/10
 
Tekstura
Przyjemna gęstość i wysycenie, może minimalnie podbiłbym jedno albo drugie.
4,5/5

7.5/10

Tak jak napisałem - wydaje mi się, że koncepcja jest nie do końca trafna, mimo że piwo jest wykonane świetnie, bardzo dopracowane. Po prostu jest jak dla mnie za mało stoutowe jak na RISa, a za ciężkie jak na IPA. Bardzo dobre, ale nie dorasta do wersji standardowej, a zwłaszcza mlecznej i wędzonej. Chociaż dla miłośników ciemnych imperialnych IPA i tak obowiązkowa pozycja.

Roch: Einsiedler

Zajęło mi trochę dotarcie do pierwszej recenzji piwa z Browaru Roch, jednego z bardziej szanowanych dolnośląskich browarów, w którym miałem już nawet okazję być. Browar powstał w 2015 roku w miejscu byłej fabryki wapna niedaleko Gór Kaczawskich. Piwo to White IPA, bo słyszałem, że IPA wychodzą Rochowi najlepiej, no to od niego zacznę, a białe IPA to jedno z moich ulubieńszych IPA. Browar nazywa swoje piwa dość niecodziennie, bo od ras koni, einsiedler to szwajcarski koń sportowy.

Informacje ogólne:
Piwo: Einsiedler
Kraj: Polska
Województwo: dolnośląskie
Miasto: Nowe Rochowice
Browar: Roch
Styl: białe IPA
Alkohol: 5,7%
Ekstrakt: 15,1%
Objętość: 500 ml
Warka: do 16.05.2017 r.
Cena: brak danych

Opakowanie
Może nic specjalnego, ale gustowne, estetyczne, z klasą. Zwięzły opis browaru i piwa. Nieszczegółowy skład, goły kapsel.
7,5/10


 
Barwa
Złote, mętne, może trochę za ciemne jak na styl.
3/5

Piana
Niemal idealna.
4,5/5

Zapach
Intensywnie chmielowy, dość słodki, rządzą raczej owoce tropikalne, na dalszym planie cytrusy i żywica. Ale przede wszystkim słodkie owoce tropikalne. W tle również skórka pomarańczowa, po ogrzaniu wychodzi trochę kolendry. Bardzo ładny, bardzo, i intensywny nieprzeciętnie.
8/10
 
Smak
Tutaj dużo więcej ma do powiedzenia żywica, ogólnie w smaku ujawnia raczej przyprawową, ostrą stronę chmielu. Bardzo przyjemne, jakkolwiek odrobinę przyciężkie piwo.
7,5/10
 
Tekstura
Nieznacznie za mało gazu.
4,5/5

7.0/10

Bardzo fajne białe IPA, ale nie będę do niego raczej nigdy wracał - znacznie bardziej podeszły mi interpretacje Artezana, Nepomucena, Kingpina. Do Rocha jednak jeszcze wrócę.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Nepomucen: Kámo

Nepomucen dostaje ode mnie za mało szans jak na to, jak dobrze się do tej pory spisywał. Sprawdzili się dwa razy doskonale w niepozornym stylu jakim jest grodziskie, to pomyślałem, że i w niezbyt lubianym przez nową falę pilsie dadzą radę. Kámo - po czesku kumpel, gość, koleś - to czeski pils z chmielami z Czech, Polski i Niemiec.

Informacje ogólne:
Piwo: Kámo
Kraj: Polska
Województwo: wielkopolskie
Miasto: Szkaradowo
Browar: Nepomucen
Styl: czeski pilzner
Alkohol: 4,8%
Ekstrakt: 12,3%
Objętość: 500 ml
Warka: do 06.08.2017 r.
Cena: brak danych

Opakowanie
Krój etykiet Nepomucena się nie zmienił, ale zmienił się materiał i bardzo dobrze, bo poprzedni był średni.
7,5/10


 
Barwa
Bardzo mętne złoto, w porządku.
3/5

Piana
O dobrej obfitości, dobrej gęstości i dobrej trwałości.
4/5

Zapach
Nieudany, coś poszło nie tak. Pachnie skrajnie jednowymiarowo i to nawet nie słodem, ale cukrem. Nie jest do coś odpychającego, ale i nie zachęca do wzięcia łyka.
3,5/10

Smak
Niestety ta dziwna pustka, jednowymiarowość z zapachu się tu powtarza, jakby słód był jakiejś kiepskiej jakości (a nie sądzę, by tak było w przypadku Nepomucena), do tego ścierka. Nadrabia trochę bardzo przyjemną, ostrą goryczką, ale to wciąż bardzo nieudane piwo.
2,5/10

Tekstura
Trochę za dużo gazu.
3,5/5

3.0/10

Niestety to jedno z najgorszych piw rzemieślniczych, jakie piłem. Po prostu coś tutaj zupełnie nie wyszło. Nepomucena dalej będę poważał, ale do ich lagerów będę podchodził bardzo ostrożnie.

piątek, 21 kwietnia 2017

Setka (Wąsosz): Południca

Trzecie podejście do Setki. Póki co było świetne AAA i bardzo dobry wędzony torfem pilzner. Zobaczmy, jak kontraktowiec radzi sobie w stylach konserwatywnych - oto najzupełniej tradycyjny hefeweizen.

Informacje ogólne:
Piwo: Południca
Kraj: Polska
Województwo: śląskie
Miasto: Wąsosz
Browar: Browary Regionalne Wąsosz (Setka)
Styl: hefeweizen
Alkohol: 4,6%
Ekstrakt: 11%
Objętość: 500 ml
Warka: do 06.05.2017 r.
Cena: brak danych

Opakowanie
Wyjątkowo ładna etykieta, nawet jak na ładne etykiety Setki. 
8,5/10 


 

Barwa
Mocno zmętnione jasne złoto, ideał weizena.
5/5

Piana
Może nie monstrualnie obfita, ale gęsta i bardzo trwała, świetna.
4,5/5

Zapach
Świeży, intensywny aromat drożdży do weizena o raczej bananowym niż goździkowym obliczu, podbity rozkoszną, biszkoptową, słodką słodowością. Bardzo ładny, choć z czasem traci intensywność.
7,5/10

Smak
Jest wprawdzie zbyt nachalnie drożdżowe i nieco zbyt wodniste, ale przyjemne, lekkie, słoneczne piwo. 
6,5/10

Tekstura
Trochę słabo gazowane jak na styl, ale mi to średnio przeszkadza.
3,5/5

6.0/10

Przyjemny weizen do bezrefleksyjnego wypicia i zapomnienia. Tylko po co pić weizeny bezrefleksyjnie, jeśli wokoło mnóstwo lepszych za podobne pieniądze?

niedziela, 16 kwietnia 2017

Faktoria (Zodiak): Winchester

Dzisiaj dwa powroty. Po pierwsze pierwszy raz od czerwca wypiję klasyczne imperialne IPA, styl który gościł na blogu jako jeden z najczęstszych, a który ostatnio zaniedbuję. Po drugie powrót do Browaru Faktoria. Trzy piwa od nich, jedno naprawdę świetne, miałem okazję wypić w lecie 2014 roku. Jakiś niedługi czas temu skonstatowałem, że bardzo dawno nie widziałem nic ich na półkach sklepowych i z bólem pomyślałem, że może zwinęli interes. Spojrzałem na ich profil na fb - ostatni wpis w sierpniu zeszłego roku, no to chyba padli. Wpisów na fb nie przybyło, a tu nagle widzę ich piwa w sklepie - no to wziąłem jedno, najsłynniejsze. Winchester to bądź co bądź jedno z bardziej doniosłych polskich piw - ociera się o top 50 polskiego ratebeera i o top 10 polskich IPA. Piwo zostało uwarzone w marcu zeszłego roku, ma już rok, ktoś niezbyt rozważnie dał prawie półtoraroczną datę ważności.

Informacje ogólne:
Piwo: Winchester
Kraj: Polska
Województwo: wielkopolskie
Miasto: Bierzwienna Długa-Kolonia
Browar: Zodiak (Faktoria)
Styl: imperialne India Pale Ale
Alkohol: 8,4%
Ekstrakt: 18,1%
Objętość: 500 ml
Warka: do 22.06.2017 r.
Cena: brak danych

Opakowanie
Od 2014 szata graficzna Faktorii większym zmianom nie uległa. 
7,5/10 
 


 
Barwa
Genialny, jednolity głęboki bursztyn.
5/5
 
Piana
Bliska ideału.
4,5/5
 
Zapach
Ostry, chmielowy, w raczej żywicznym wydaniu, choć i trochę cytrusa i tropików wpadnie. Chyba nieznaczny diacetyl się tu pojawia, ale prawie nie przeszkadza. Czuć, że jego czas minął, jest zbyt zwietrzałe, ale wciąż przyjemne.
6,5/10
 
Smak
Dalej przeważa żywica, ale owoce tropikalne dużo mocniej się udzielają. Bardzo zgrabne połączenie słodkiego, karmelowego słodu z mocną, choć nie miażdżącą goryczką o dość szlachetnym charakterze. Bardzo smaczne mimo oznak starości.
8/10
 
Tekstura
Jedyny mankament - zdecydowanie brakuje mi wysycenia. 
2/5

6.5/10
 
Generalnie piwo nie nadąża za swoją legendą, pytanie tylko, w jakiej mierze to wina jego jakości wrodzonej, a w jakiej za długiego terminu ważności. Z drugiej strony piłem już niejedno IPA, które było przepyszne nawet po dłuższym czasie od zabutelkowania. Winchester w formie takiej, w jakiej go wypiłem, jest piwem do zapomnienia, jakkolwiek przyjemnym.

piątek, 14 kwietnia 2017

Manifest birtrowertyka. Akt I: Grupowe degustacje

Choć jestem najbardziej introwertyczną osobą, jaką kiedykolwiek poznałem, wpadłem blisko pół roku temu w wir grupowych degustacji. Od tamtej pory uczestniczyłem już w siedmiu i zwalniać raczej nie zamierzam. Mimo to ten tekst będzie miał wydźwięk krytyczny wobec takiej formy obcowania z piwem, bo choć wskażę tu jej zalety, to zalety są powszechnie znane i z grubsza wręcz oczywiste, a ostatnimi czasy kolektywne rozpijanie kilku/nastu/dziesięciu różnych butelek na kilka/naście osób jest przez wiele osób reklamowane jako najdoskonalszy sposób degustacji, również (przede wszystkim?) przez osoby cieszące się w środowisku sporym prestiżem. Wytykanie wad panelom degustacyjnym i bottle sharingom wydaje się zupełnie niepopularne, choć dezaprobatę - na ogół zresztą tłamszoną - wzbudzają z rzadka przynajmniej te grupowe spotkania, na których rozpija się monstrualną liczbę piw (dochodzi i do kilkuset).

O zaletach napiszę krótko, bo na wszystkie z nich sam wpadłem jeszcze przed pierwszą grupową degustacją, a zatem są one dosyć oczywiste. Oto one, nieco się przenikające:
1) oszczędność czasowo-zdrowotna,
2) oszczędność finansowa,
3) możliwość porównania wrażeń z innymi osobami w czasie rzeczywistym, z pewnością że pije się dokładnie to samo piwo, niezmienione ani o dzień,
4) ogólne walory socjalizacyjno-edukacyjne.

Dosyć proste kwestie i jeśli w ogóle wymagające wyliczenia, to już na pewno nie wyjaśnienia. Przejdźmy jednak do wad, które tak jasno się nie narzucają, i tym razem zdobądźmy się na uzasadnienie.

1. Za mało

Jak wiele potrzeba wypić danego piwa, by móc powiedzieć, żeby:
a) dobrze - to znaczy na tyle, żeby wystawić mu rzetelną, wiarygodną recenzję i/lub ocenę - się je poznało, a przede wszystkim
b) wyciągnęło się maksimum wrażeń z jego potencjału vulgo doznało się go w pełni?
Nie wiem. Mogę wyznaczyć pewne ramy oczywiste - na pewno 330 mililitrów to będzie zawsze wystarczająco dużo, a 10 mililitrów - zawsze niewystarczająco (może poza piwami całkowicie wadliwymi). Z tym chyba nikt się nie pokłóci. Ja bym zawężał dalej. Nie jestem pewien, gdzie bym skończył, ale jestem pewien, że wartość minimalna byłaby większa niż objętość próbek na wielu degustacjach. Nawet kilkukrotnie.

Wiele piw ewoluuje z każdym łykiem. Ma to swoje granice, ale jeśli ktoś poprzestając na jednym, dwóch czy nawet trzech łykach bierze się do opisu i oceny złożonego piwa, to ja ten opis i tę ocenę, nawet jeśli będę nimi jako tako zainteresowany, wezmę z dużym przymrużeniem oka. Sam na pewno nie powiedziałbym o żadnym piwie "najlepsze, jakie piłem w życiu", jeśli nie spróbowałbym chociaż stu mililitrów. I wiele piw, które stawiam w swoim (niesporządzonym jeszcze) życiowym top 100, na pewno by się w nim nie znalazło, gdyby moja znajomość z nimi skończyłaby się na paru łykach. Strasznie dużo bym stracił, gdybym zdawał się tylko na grupowe degustacje, mimo że pewnie miałbym teraz na koncie trzy razy więcej zaliczonych (ni mniej, ni więcej: zaliczonych) piw.

2. Za dużo

To może najmniejszy problem, bo stosunkowo łatwy do wyeliminowania, chociaż tak naprawdę w dużej mierze tylko teoretycznie łatwy - i w praktyce bardzo częsty. Polega on na tym, że na danej degustacji jest po prostu za dużo alkoholu i od połowy takiego spotkania ocena sensoryczna przypomina próbę opisu powierzchni Księżyca po obserwacji za pomocą lornetki dla ornitologów, a wrażenia, jakie się wynosi, są znacznie niższej jakości niż przy delektowaniu się wybitnym piwem na trzeźwo. Jest jeszcze jedno oblicze tego problemu - nawet gdyby piwa były bezalkoholowe, wciąż pozostawałaby kwestia tego, że tak wiele odmiennych wrażeń naraz wzajemnie się znosi. Być może nie dotyczy to wszystkich, ale nie chce mi się wierzyć, że nie większości osób, iż bardziej docenia się wybitne piwo wypite osobno niż wśród dziesięciu innych równie wybitnych.

Rozwiązanie wydaje się proste - zmniejszyć liczbę piw. Pamiętajmy jednak, że im radykalniej to rozwiązanie zastosujemy, tym mocniej uszczuplimy siłę rażenia zalet nr 1 i nr 2. A przede wszystkim - niekiedy bez odpowiednio wysokiej liczby różnych piw nie będziemy w stanie zaangażować wystarczającej liczby osób, którym nie będzie chciało się ruszyć z domu, żeby spróbować dwóch czy nawet pięciu piw.

3. Za szybko

To moim zdaniem być może główny, bo niezdatny praktycznie do wyeliminowania problem. Wiele piw, a zwłaszcza tych znakomitych i złożonych, czyli urządzających najbardziej prestiżowe panele, po prostu potrzebuje czasu. Z jednej strony samo piwo nierzadko się otwiera, zmienia aromat raz że pod wpływem kontaktu z powietrzem, a dwa że pod wpływem ogrzewania, a z drugiej strony jest finisz, który jest tak ważną, a tak poniewieraną przez grupowe degustacje instytucją. W niektórych piwach finisz potrafi trwać i rozwijać się może nie godzinami, ale swobodnie przez kilkanaście minut, a czasem dostarcza przeżyć nawet ciekawszych niż to, co działo się w ustach. Grupowe degustacje, które musiałyby trwać długimi godzinami (na co prawie nikt by nie przystał), żeby docenić finisz każdego piwa, pozbawiają jakże przyjemny proces ważnego wymiaru. I to już jest grzech ciężki.

4. Zbyt różnorodnie

Każde kolejne degustowane piwo jest obarczone poprzednimi. Powiedzmy, że przy pierwszych paru - zakładając, że dajemy każdemu wystarczająco dużo czasu - problem jest marginalny, a jeśli pijemy piwa w tych samych stylach, to może być wręcz korzystne. W pewnym momencie, moim zdaniem jeszcze na długo przed dobiciem do dziesięciu, różne smaki zaczynają wchodzić ze sobą w korelacje mocno zaburzającą rzetelność oceny.

5. Za mało różnorodnie

Ta wada zależy jak żadna inna od woli uczestników panelu, ale tak to już trochę jest, że zgodnie z wolą uczestników prawie wszystkie piwa na degustacji to stouty imperialne, barleywine'y, kwasy, quadruple i... tyle. Ja się generalnie zgadzam, że te piwa to klejnoty w koronie piwowarstwa, ale nie samymi klejnotami człowiek żyje. Jeśli zbiorowe degustacje stanowią tylko dodatek do całokształtu spożycia, to jest to w porządku - razem rozpijamy piwa ciężkie i drogie (jakkolwiek można odnieść odczucie pewnej monotonii na danym spotkaniu), lekkie i tanie kupić i wypić możemy sobie sami. Jeśli jednak miałbym pić tylko zbiorowo, to chyba bym się tymi klejnotami znudził.


Jak tak patrzę na moją krytykę, wychodzi mi, że degustacje grupowe to marnotrawstwo piwa, czasu, pieniędzy i zdrowia. Czemu więc w nich uczestniczę i zamierzam uczestniczyć dalej? No, bo to generalnie marnotrawstwo nie jest, chociaż czasem się nim rzeczywiście staje, przede wszystkim pod koniec długodystansowych bottle sharingów. To są jednak narzędzia bardzo pożyteczne, jeśli odpowiednio się z nich korzysta. Zarys zalet już przedstawiłem: każdy może je wykorzystywać w trochę inny sposób. Dla mnie mają dwie główne wartości.

Po pierwsze wartość rozpoznawcza: panele i BSy służą mi do względnie niedrogiego rozpoznania piw z największym potencjałem, wartych sporych pieniędzy. Wiem dzięki tej instytucji, na co polować, by wypić całą butelkę 0,33 samemu i doznać na całego, co pozostawić w strefie "może", a co sobie podarować (choć staram się nie skreślać żadnych piw po niewielkich próbkach, niekiedy jest praktycznie oczywiste, że piwo nie jest warte swojej ceny). Oszczędność wszystkiego.

Po drugie wartość społeczno-edukacyjna. Mimo że samotne picie piwa w domu zdecydowanie pozostaje moją ulubioną formą obcowania z nim (z piwem, chociaż może i z domem), odmiana potrafi być miła, odświeżająca i pouczająca. Na panelach pojawia się wiele świetnych osób: generalnie są to ludzie potężnej pasji i ponadprzeciętnej kultury osobistej; bardzo sympatyczni, zazwyczaj o bogatych doświadczeniach z piwem i sporej wiedzy. Atmosfera na wszystkich grupowych degustacjach, w których wziąłem udział, była nieskazitelnie pozytywna (na jednej nieomal ekstatycznie pozytywna, zresztą za sprawą najgorszego piwa wieczoru) i choć dla mnie nie może dorównać niepowtarzalnej atmosferze samotnego wieczoru przy piwie i ulubionej muzyce, to bardzo ją lubię, a znaczną większość ludzi powinna absolutnie urzekać. Walory edukacyjne są natomiast nie do przecenienia; sądzę, że wiele wyniosą nawet najwięksi.

To po co był ten tekst, skoro jest tak dobrze, mimo że jest tak źle, mimo że jest tak dobrze? Niektóre problemy, które wskazałem, da się eliminować, inne da się ograniczać - a więc po to, by do tego zachęcić. A poza tym (albo przed tym) po to, by łatwiej było mi napisać pean na cześć picia piwa w domowym zaciszu, tak niemodnej formie czerpania przyjemności z tego trunku. O tym później.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Struise: Pannepot Grand Reserva

Trzecie i ostatnie podejście do Pannepota. Grand Reserva to wersja najszlachetniejsza - oglądała nie tylko goły dąb, ale i dąb nasączony destylatem. Moja butelka, z piwem uwarzonym w 2011 roku (jeden z dwóch moich ulubionych roków), zawiera Pannepota, jeśli dobrze kojarzę, leżakowanego przez 14 miesięcy w dębowej beczce, a następnie 8 miesięcy w dębowej beczce po calvadosie. Do butelek trafił 15 marca ubiegłego roku, a więc nie dość że piwo ma jakieś sześć lat, to sama butelka już ponad rok.

Informacje ogólne:
Piwo: Pannepot Grand Reserva
Kraj: Belgia
Prowincja: Flandria Zachodnia
Miasto: Oostvleteren
Browar: De Struise Brouwers
Styl: belgijskie ciemne mocne ale (Calvados BA)
Alkohol: 10%
Ekstrakt: 24%
Objętość: 330 ml
Warka: z 2011 (zabutelkowana 15 marca 2016 r.)
Cena: 20 zł (30,30 zł za 0,5 l)

Opakowanie
Dalszy ciąg wariacji na temat oryginalnego Pannepota.
8/10
 


 
Barwa
Pozornie czarne, pod światłem genialny rubin.
5/5
 
Piana
Bardzo obfita, ale dość grubopęcherzykowa i szybko się redukuje do pierścienia.
3,5/5
 
Zapach
Podobnie jak w zwykłej Reservie, genialny. Połączenie quadruplowej, rodzynkowej, lekko czekoladowej, pumperniklowej słodowości z kwaskową beczką i przyprawową drożdżowością. Czuć zarówno czystą, bezkompromisową dębinę, jak i calvados, wprowadzający nuty jawnie jabłkowe. Coś pięknego.
9,5/10
 
Smak
Przepiękna podróż od zintensyfikowanej, tutaj jeszcze mocniej czekoladowej, romansującej ze stoutem słodowości do totalnych rządów bardzo szlachetnej beczki po calvadosie. Długi finisz powraca do słodu, wyciszając piwo w stronę chlebową. Piwo naprawdę genialne, trzeba to śmiało powiedzieć. Rozwala mózg.
10/10

Tekstura
Jedyne, do czego można się przyczepić - gazu jest zdecydowanie zbyt wiele jak na tak dostojne piwo, ale jeszcze jest to poziom, który można zrzucić w miarę na koloryt belgijskich drożdży.
3,5/5

9.5/10

Takkk. To jest to, i ja poczułem magię Pannepota. Grand Reserva, w każdym razie z 2011 roku, moim zdaniem znacznie przewyższa wersje bez beczki po calvadosie. Zrobiła ona swoje, jednocześnie piwo nie jest nadmiernie kwaskowe, jak zwykła Reserva z 2012. To już jest belgijskie ciemne mocne ale, które stanowi zagrożenie dla trapistów, i to dla większości bardzo poważne.

Szczerze mówiąc, od Buby Extreme to piwo specjalnie nie odstaje, a jest jakieś dwa razy tańsze nominalnie i jakieś DZIESIĘĆ razy tańsze realnie na chwilę obecną.

środa, 5 kwietnia 2017

Warsztat Piwowarski: Noc na Tarnogaju

Na Tarnogaju praktycznie nie bywam, chyba że przejazdem do Parku Wschodniego - chyba tak jak prawie wszyscy wrocławianie. Dobra jedna trzecia tej dzielnicy Wrocławia to tereny przemysłowe (wśród nich właśnie Warsztat Piwowarski, a stąd nazwa piwa), a druga trzecia - ogródki działkowe. Potężny sentyment mam za to do sąsiedniego Gaju, który kojarzy mi się z najpiękniejszym okresem mojego życia. Zanim się rozmemłam we wspomnieniach, otwieram piwo - drugie podejście do stoutów Warsztatu, jeśli co najmniej równie udane co Kafaka, to będę zadowolony. Identyczny ekstrakt i alkohol każe podejrzewać, że to dokładnie to samo piwo, tylko że bez kawy.

Informacje ogólne:
Piwo: Noc na Tarnogaju
Kraj: Polska
Województwo: dolnośląskie
Miasto: Wrocław
Browar: Warsztat Piwowarski
Styl: dry stout
Alkohol: 4,4%
Ekstrakt: 12,1%
Objętość: 500 ml
Warka: do 21.06.2017 r.
Cena: 8,20 zł

Opakowanie
Standard WP z małym urozmaiceniem - z boku etykiety zgrabna grafika, przedstawiająca tarnogajową wieżę ciśnień w nocy. 
7,5/10



Barwa
Nieprzejrzyście czarne.
5/5
 
Piana
Średnia, kiepsko się tworzy i szybko redukuje się do pierścienia, ten utrzymuje się jednak do końca.
2,5/5
 
Zapach
Delikatny, słodkawy zapach ciemnego słodu, bardzo w typie Guinnessa, tylko chyba jeszcze mniej intensywny, za to bardziej złożony. Bardzo ładny, ale bez szału.
7/10
 
Smak
Tu trochę intensywniej, piwo jest przyjemnym połączeniem lekkości, palonej, niemal popiołowej wytrawności i lekkiej, nienagannej kontry słodyczy. Łatwo nazwać je płaskim, ale to taka płaskość w dużej mierze wybaczalna; pijalność jest naprawdę świetna, typowe brytyjskie piwo pubowe. Minimalnie ściągający finisz to w sumie jedyna wada.
8/10
 
Tekstura
Odpowiednie, niskie wysycenie, ale i nie za niskie, bez zarzutu.
5/5

7.0/10

Dla mnie to piwo to ewidentny i bardzo udany (poza pianą) romans z Guinnessem. To jest piwo tak mało spektakularne, jak tylko może być, ale takie trunki też są potrzebne i też potrafią robić wrażenie - Noc na Tarnogaju robi. Powiedziałbym nawet, że dzisiaj mało rzemieślników ma jaja, żeby warzyć takie piwa - z założenia niczego nieurywające. Bardzo dobry wywar, kropka, mój szacunek do WP rośnie.