sobota, 14 lutego 2015

Pinta (Browar na Jurze): Quatro

Gdy okazało się, że piwo o wysokim ekstrakcie, które Pinta zapowiedziała na koniec zeszłego roku, to tylko kolejne na rynku imperialne IPA, trochę się rozczarowałem - liczyłem na barleywine albo coś belgijskiego. Jak wieść niesie, a zresztą jak łatwo się domyślić po parametrach piwa, nie tak łatwo nazwać je jednak po prostu kolejnym IIPA - 8% alkoholu przy 24,7% ekstraktu i 110 IBU brzmi bardzo potężnie, zwłaszcza że zapewne nie bez powodu załadowane w małą butelkę. Pinta zresztą od początku traktowała je bardzo ekskluzywnie, jak rok starszego Imperatora Bałtyckiego. Czy będzie to piwo jego kalibru? Powątpiewam, ale nadzieja umiera ostatnia.

Informacje ogólne:
Piwo: Quatro
Kraj: Polska 
Województwo: śląskie
Miasto: Zawiercie
Browar: Browar na Jurze (Pinta)
Styl: imperialne India Pale Ale
Alkohol: 8%
Ekstrakt: 24,7%
Objętość: 500 ml
Warka: do 12.06.2015
Cena: 10 zł (15,15 zł za 0,5 l)

Opakowanie
Pinta powróciła tym piwem do ładniejszego oblicza swoich etykiet - spójne połączenie dwóch, trzech kolorów z rysunkami abstrakcyjnymi lub symbolicznymi. Piękne, nawet eleganckie opakowanie - a może byłoby takie, gdyby nie... literówka w nazwie piwa. Jak oni mogli to puścić?
9,5/10

Barwa
Piękny, jasnobursztynowy kolor z wyraźnym, dość nietypowym, całkiem ładnym zmętnieniem - mimo wszystko klarowne byłoby trochę ładniejsze. 
4,5/5

Piana
Zmusza mnie do zrewidowania swojego pojęcia gęstości - nie pamiętam, bym kiedykolwiek spotkał się z aż tak gęstą, naprawdę jest magiczna - poza tym bardzo obfita, pięknie oblepia szkło, jedyne zastrzeżenia można mieć do trwałości, która jednak też jest bliska ideału. 
4,5/5

Zapach
Przepiękny aromat, łączący w sobie różne oblicza amerykańskiego chmielu - dominuje chyba taka lekko pikantna przyprawowość, zapowiadająca mocne, ostre piwo, na drugim miejscu mamy rześkie cytrusy, przede wszystkim grejpfruta i mandarynki, które ładnie równoważą te agresywne nuty przyprawowe, w końcu jest i trochę żywicy - mogłoby być w zasadzie idealnie, gdyby nie wkradł się nie za mocny, nieodrzucający, zanikający z czasem, ale jednak wyraźny diacetyl - wielka szkoda, choć i tak bardzo dobry aromat. 
8/10

Smak
Tu diacetylu już nie ma, jest za to cudowna gęstość, słodowa, słodka pełnia i masa chmielu, który dostarcza wysokiej, przyprawowo-żywicznej goryczki - bardzo ciekawie ściera się ze słodową słodyczą, jest przez nią dobrze zbalansowana, acz bynajmniej nie zatarta - piwo bardzo intensywne, ale nie znowu jakoś miażdżąco, jest pyszne, pozostawia bardzo długi, chmielowy finisz, piłem jednak sporo lepszych IIPA. 
8,5/10

Tekstura
W przyjemnej co prawda, oleistej teksturze zabrakło mi jednak wyraźnie wysycenia.
2,5/5

7.5/10

No duży zawód. Piwo pozycjonowane na jakiś majstersztyk, jedno z najlepszych IIPA świata wręcz, crème de la crème, stawiane obok Imperatora, okazuje się po prostu bardzo dobrym piwem - jednym z bardzo, bardzo wielu. Toć nawet Imperium Atakuje, IIPA szeregowe, było lepsze! Warto było uczestniczyć w trochę zabawnych zapisach na piwo i płacić tę sporą jak na krajowy produkt kasę w przypadku Imperatora - tutaj zaś miał miejsce wyraźny przerost formy nad treścią i warto nie było, mimo że bardzo dobry to trunek.


Parę godzin temu minęły dwa lata, odkąd prowadzę tego bloga. Przegapiłem to zupełnie i nie będę przesadzał z podsumowaniami. Liczba zrecenzowanych piw na blogu wynosi obecnie 426 (a w momencie rocznicy wynosiła 425), aczkolwiek przed upływem tych dwóch lat wypiłem jeszcze dwa, więc chyba powinienem liczyć 428 piw wypitych "tutaj" w dwa lata. Dziś ta liczba nie wydaje mi się duża, ale dwa lata temu na pewno wydałaby się ogromna. W drugim roku blogowania wypiłem więc 258 piw, jeśli podkręcę tempo o 28 piw na rok, to za kolejne dwa lata będzie okrągły tysiąc. Będę w to chyba celował.

No i może niech to będzie na tyle. Zamiast tracić czas na nikomu chyba niepotrzebne omawianie statystyk, wolę poświęcić go na opisanie kolejnego piwa. Dodam tylko, że o ile rok temu mogłem mówić o rozwinięciu się na dobre pięknej pasji, o tyle dziś nawet słowo "pasja" wydaje mi się za małe - piwo i cały dokonujący się tu z każdym kolejnym piwem na nowo proces opisywania go, oceniania i robienia zdjęć stały się częścią mnie. Zajęcie to pochłania mnie mocno i wnosi do mojego życia bardzo dużo radości i przyjemności. Jednocześnie ciągle rozwijam swoją wiedzę i umiejętności sensoryczne - z czasem w coraz wolniejszym tempie, ale ciągle. Każde nowe piwo może potencjalnie dostarczyć mi bezcennych, zupełnie nowych wrażeń, spostrzeżeń, wiedzy, odkryć. Jednocześnie jedna z pierwotnych funkcji tego bloga - skatalogowanie najlepszych piw, do których będę wracał - praktycznie upadła. Po dwóch latach wciąż moim ulubionym piwem jest to, którego jeszcze nie piłem i na zmiany się nie zapowiada, a ogrom rozmaitości, jakimi zasypują nas wyrastające jak grzyby po deszczu polskie crafty oraz zagranica, przyprawia o ból głowy. Nawet do tych najlepszych z najlepszych szkoda mi wracać, jeśli w tym czasie mogę poznać coś nowego. Kiedyś postaram się na pewno wypić ponownie, ale to jeszcze nie jest ten dzień.

Tak jak na początku, tak i teraz wciąż prowadzę tego bloga przede wszystkim dla siebie samego, ale w drugim roku zaczęło tu zaglądać trochę ludzi, pojawiły się komentarze (nie sądziłem, że dożyję ;) ), co bardzo mnie cieszy (i trochę zaskakuje - mam świadomość, że mój blog nie jest jednym z tych bardziej porywających) - nawet jeśli ktoś jeno rzuca okiem na nowe wpisy, zdjęcie i ocenę, to jest mi niezmiernie, naprawdę niezmiernie miło. Wasze zdrowie!

środa, 11 lutego 2015

BrewDog: #Mashtag 2014

#Mashtag z BrewDoga, amerykańskie brązowe ale, uwarzone z dodatkiem orzechów laskowych i wiórek dębowych w 2013 roku, według receptury wyłonionej na drodze twitterowego głosowania fanów browaru, pozostaje do dziś jednym z kilkunastu najlepszych piw, jakie w życiu piłem. Szkocki browar chyba nie był nim aż tak zachwycony, bo zamiast uwarzyć je raz jeszcze, w 2014 roku ponowił zabawę na twitterze, by wyłonić nową recepturę. Co wyszło? Imperialne [amerykańskie] czerwone ale z blood orange (odmianą pomarańczy o krwistoczerwonym miąższu), skórką pomarańczową i cytrynową. Brzmi trochę dziwnie, ale i ciekawie.

Informacje ogólne:  
Piwo: #Mashtag 2014
Kraj: Wielka Brytania (Szkocja)
Hrabstwo: Aberdeenshire
Miasto: Ellon
Browar: BrewDog
Styl: imperialne amerykańskie red ale
Alkohol: 9%
Ekstrakt: brak danych
Objętość: 330 ml
Warka: do 27.05.2015
Cena: brak danych

Opakowanie
Wyrazista etykieta z wielkim, czerwonym hashem i krótka opowiastka o koncepcji piwa. W głosowaniu oddano ponad czterdzieści tysięcy głosów. Taak, BrewDog to potęga. Dziwi mnie tylko stosunkowo krótka data ważności.
9/10
 
Barwa
Piękna barwa od ciemnobursztynowej po bardzo jasny brąz, byłoby doskonale, gdyby nie osad. 
4,5/5

Piana 
Dość obfita, w miarę gęsta, przyzwoicie jak na moc piwa trwała, ładnie oblepia szkło. 
3,5/5

Zapach
Wita nas intensywny, skondensowany, słodki, owocowy chmiel amerykański z lekkim akcentem przyprawowo-żywicznym, a po chwili dołączają do niego nuty również owocowe, ale już ewidentnie pochodzące od faktycznych owoców, jakby sok z lekko kwaskowatej pomarańczy albo zmieszany sok z pomarańczy i grejpfruta i skropiony cytryną - znakomita kompozycja, sam chmiel daje odrobinę za ciężkie odczucie i wtedy na pomoc przybywa cytrusowa rześkość. 
9/10 

Smak
W smaku dużo bardziej przyprawowe, owoce dalej obecne (tu bardziej truskawki, śliwki), ale z czasem coraz bardziej zanikają na rzecz przypraw i żywicy, poza tym ujawnia się w końcu słód, lekko karmelowy - piwo bardzo wyraziste, zasadniczo słodkie, rzekomego 65 IBU nie czuć, chociaż może i tyle jest, ale przykryte słodowością - świetne piwo, z przyjemnym, żywiczno-cytrusowo-karmelowym finiszem, no może odrobinkę za ciężkie, by nazwać je wybitnym. 
8,5/10

Tekstura
Wysycenie na dobrym, bo niskim poziomie, tylko trochę za niskim.
4/5

7.5/10

Świetne piwo. Dodatki swoje wniosły, ale nie zdominowały smaku ani zapachu. Złożony, bardzo interesujący trunek, kolejny już z BrewDoga. Jeśli komuś uda się jeszcze na nie trafić, to polecam kupić, drugi raz już chyba nie zostanie uwarzone. 

wtorek, 10 lutego 2015

Perun (Wąsosz): Duby Smalone

Szybki powrót do Peruna, który zaskoczył mnie świetnym dunkelweizenem. Dziś piwo w stylowej kombinacji, z jaką jeszcze się nie spotkałem i pewnie prędko nie spotkam, bo już roggenbiery są bardzo rzadkie, a co dopiero wędzone roggenbiery. Jeśli do czegoś miałbym porównać taką koncepcję, to chyba tylko do rauchweizena ze Schlenkerli, który był piwem genialnym, więc liczę na wiele.

Informacje ogólne:
Piwo: Duby Smalone
Kraj: Polska  
Województwo: śląskie
Miasto: Wąsosz
Browar: Browary Regionalne Wąsosz (Perun)
Styl: wędzony roggenbier
Alkohol: 5,5%
Ekstrakt: 13%
Objętość: 500 ml 
Warka: do 25.05.2015 
Cena: 7,35 zł

Opakowanie
Etykiety trzymają się jednego schematu, tutaj w grafice nawiązania do wędzonki. Jeśli podobnie jak w przypadku Sabatu Czarownic opis wrażeń smakowo-zapachowych na etykiecie pokryje się z rzeczywistością, to będzie to piękne piwo. Tutaj kapsel nie jest już goły, szybko postarali się o własny. Znów krzywo naklejona.
8/10
 
Barwa
Bardzo mocno zmętnione, przez co ciężko jednoznacznie określić barwę - jasnego brązu jest najwięcej, ale pod światłem rozjaśnia się nawet do bursztynu - w porządku. 
3/5

Piana
Niezbyt obfita, ale bardzo gęsta i o bardzo dobrej trwałości.
4/5

Zapach
Diacetyl - po prostu, nie jest odpychający, nie jest nawet intensywny, ale jest w nim wyłącznie diacetyl, nie ma tu nic poza nim, fatalna sprawa. 
1/10

Smak
W smaku jest, jak łatwo się domyślić, lepiej, ale wcale nie tak ogromnie - diacetyl się znacznie zmniejsza (acz nie znika), ale jest bardzo proste, odrobina szynkowej wędzonki, minimalne oznaki żyta, a poza tym prosta, ciężkawa słodowość i mało wyrafinowana, szorstka goryczka - da się pić, ale nie ma po co. 
4/10

Tekstura
Jest za mocno wysycone, ale akceptowalnie, tekstura daje radę.
3/5

3.0/10

Duży smutek. To niestety najgorsze piwo aspirujące do miana rzemieślniczego, jakie piłem w całym życiu. Nie chcę się znęcać nad Perunem, ale spartaczyli coś bezwzględnie. Przeglądam opinie o tym piwie, nie są zwykle tak dramatyczne jak moja, ale jednak prawie zawsze po prostu negatywne. Nie będę się obrażał na Peruna, bo dunkelweizen był świetny, ale nie będę się też przesadnie wyrywał, by dać im kolejną szansę.

niedziela, 8 lutego 2015

Lambrate: Ghisa

W końcu ruszam z piwami, które przywiozłem z Włoch, a konkretniej z Mediolanu i Bergamo. Trochę jestem zły na siebie, że tyle z nimi czekałem, ale ciągle było coś pilniejszego, a podejrzewam, że Włosi wiedzą, co robią, ustalając tak odległe daty przydatności do spożycia. Na początek jedno, potem przerwa na parę pilniejszych piw, a następnie zrecenzuję pod rząd wszystkie pozostałe osiem. Zaczynam od mediolańskiego Birrificio Lambrate, malutkiego, ale bardzo popularnego brewpubu, który rozwalił mnie dwoma swoimi piwami, genialnymi niemal APA i stoutem wędzonym. To drugie piwo przywiozłem ze sobą w butelce i od niego zaczynam.

Informacje ogólne:
Piwo: Ghisa
Kraj: Włochy  
Region: Lombardia
Miasto: Mediolan
Browar: Birrificio Lambrate
Styl: stout wędzony
Alkohol: 5%
Ekstrakt: 12,5%
Objętość: 660 ml
Warka: do 21.05.2015
Cena: brak danych

Opakowanie
Duża butelka z dużą, wyrazistą etykietą. Lambrate w swoich grafikach nawiązuje chyba zawsze do jakichś symboli Mediolanu, tutaj mamy charakterystyczny motocykl policyjny wraz z policjantem. Ghisa to po włosku żeliwo - zapewne nawiązanie do stylu, piwo jest na słodzie wędzonym torfem, z tego co wyczułem na miejscu. Etykiety nie są jakieś piękne, ale takie bardzo konkretne, wyraziste, no i ładne. Firmowy kapsel.
8,5/10
 
Barwa
Czarne, z minimalnymi przebłyskami ciemnobrązowymi po brzegach. 
5/5

Piana
Wspaniale obfita, trwałość być może nie doskonała, ale bardzo dobra.
4,5/5

Zapach
Na początek zostajemy obsypani pięknym, wyrazistym, zupełnie nie agresywnym torfem, by z czasem a to coraz bardziej przenosić się w stronę kawy i czekolady, a nawet ciasta, a to z powrotem w stronę wędzonki - na początku rewelacyjny, na chwilę coś się trochę popsuło, stracił na intensywności, a i kompozycja stała się czymś lekko jakby przysłonięta, ale zaraz wróciło do znakomitej dyspozycji z początku i tak już zostało, dalej lawirując między czekoladą a torfem. 
9/10
Smak
W smaku już nic mu nie przeszkadza, jest dość mocno czekoladowe z subtelną nutą torfu, komponuje się to ze sobą wspaniale, a równie świetny jest intensywny finisz, gdzie gorzka czekolada bierze górę nad wędzonką, za to dołącza do niej trochę nut ziołowo-chmielowych i przyjemna goryczka... chociaż nie, zaraz, w innej fazie spożycia na finiszu dominuje już wędzonka - cudowny stout, niezwykle pijalny, a ta zmienność jest po prostu fascynująca. 
9,5/10

Tekstura
Jedynym mankamentem jest znaczne przegazowanie na początku, z czasem na szczęście znacznie spada.
2,5/5

8.5/10

Mniej więcej tak znakomite, jak je zapamiętałem, co znaczy, że upływ czasu nie zrobił na nim wrażenia. Rewelacyjny przykład wykorzystania słodu wędzonego torfem w piwie. Zapamiętam je też ze względu na tę zmienność, nigdy nie było wiadomo, jak będzie smakował następny łyk, raz przeważał torf, raz czekolada, raz chmiel. Nie jest to jeszcze stout mojego życia, ale gdyby miał ogarnięte wysycenie, to byłby jednym z trzech najlepszych nieimperialnych stoutów, jakie piłem.

sobota, 7 lutego 2015

Kingpin (Zarzecze): Muerto

Upragniony powrót do Kingpina. Już trzecim piwem tego kontraktowca okazało się pumpkin ale, stworzone jednak nonkonformistycznie nie na modłę Halloween, a meksykańskiego jego odpowiednika, Dio de los Muertos (równie, a może nawet bardziej barwnego święta). Wyłamali się też jeśli chodzi o użyte przyprawy: jest oczywiście dynia, ale poza tym tylko rokitnik i belgijski cukier kandyzowany. I całkiem sporo alkoholu. Intrygująco.

Informacje ogólne:
Piwo: Muerto
Kraj: Polska   
Województwo: śląskie
Miasto: Zarzecze
Browar: Zarzecze (Kingpin)
Styl: pumpkin ale
Alkohol: 7%
Ekstrakt: 16,5%
Objętość: 500 ml
Warka: do 12.05.2015 
Cena: 9,60 zł

Opakowanie
Jak zwykle etykieta bezbłędnej jakości, bardzo ładna i dobrze opisana. Kingpinowa świnia (?) tym razem z makijażem charakterystycznym dla Dio de los Muertos.
8,5/10

 
Barwa
Ładna, balansująca na granicy miedzi i jasnego brązu, wyraźnie zmętnione, bardzo dobrze się prezentuje. 
4/5

Piana
O dobrej obfitości, wybitnie gęsta, niestety trwałość pozostawia sporo do życzenia. 
3/5

Zapach
Dość mocno wyczuwalna dynia, jest też miejsce na znaczną dawkę amerykańskiego chmielu oraz nuty czekoladowe i melanoidynowe - bardzo dobra, intensywna i rześka kompozycja. 
8/10

Smak
W smaku do pewnego momentu podobnie, czyli dyniowo i melanoidynowo, dość słodko, zmienia się to po przełknięciu, kiedy wkracza ziołowa goryczka z dodatkiem cierpkości i kwaskowatości, być może to właśnie rola rokitnika - piwo jest dobre, nawet bardzo, ale ten finisz jest odrobinę za szorstki, chociaż z czasem można się przyzwyczaić i wtedy pije się już świetnie. 
7,5/10

Tekstura
Trochę za mocno wysycone.
4/5

6.5/10

Może za wcześnie się podpaliłem tym kontraktowcem. Muerto to piwo bezsprzecznie dobre, ale mam wrażenie, że miało być czymś więcej niż się stało - jest zaskakująco mało widowiskowe jak na styl. Pumpkin ale z Pinty, AleBrowaru i Anderson Valley zostawiły je w tyle.

piątek, 6 lutego 2015

Porter Witnicki

Krajowy porter bałtycki numer siedem (nie licząc Imperatora), tym razem uderzam do drzwi cieszącego się raczej marną sławą browaru Witnica. Marną, ale panuje przekonanie, że polskie portery bałtyckie są generalnie dobre i nawet w przypadku cieniutko notowanych browarów średniej wielkości można usłyszeć, że "wszystkie ich piwa są niewarte uwagi - no, poza porterem", a Witnica jest tym, o którym taką frazę słyszę bodaj najczęściej. Jako że niezbyt mam ochotę poświęcać czas na polskie browary regionalne w ogóle (wyjątkiem jest Kormoran) - za dużo ciekawego dzieje się w polskich craftach i browarach zagranicznych różnego kalibru - z Witnicą zetknąłem się póki co raz (tak naprawdę to pięć, ale cztery z tego to były piwa Birbanta), przy nawet niezłym piwie miodowym. Jeśli chodzi o dotychczasowe polskie portery, to zachwycony póki co nie jestem - piwem ocierającym się o geniusz był Porter Warmiński, znakomity był Komes i na tym koniec, jeśli chodzi o piwa, do których chciałbym powrócić - Cornelius był bardzo dobry, ale już jak na ten styl nie przykuł uwagi, Ciechan 22 podobnie - tylko dobry; Żywiec natomiast ocierał się lekko o granicę dobra i zła, a Grand Imperial Porter ją niestety wyraźnie przekroczył, wiadomo w którą stronę. Ciekawe, na które miejsce wstrzeli się Witnica.

Informacje ogólne:
Piwo: Porter Witnicki
Kraj: Polska
Województwo: lubuskie
Miasto: Witnica
Browar: Witnica
Styl: porter bałtycki
Alkohol: 8,5%
Ekstrakt: 18,1%
Objętość: 500 ml
Warka: 11.05.2015
Cena: brak danych

Opakowanie
Postępowe jak na taki browar i bardzo ładne, z dużą klasą się prezentuje subtelny, jednokolorowy nadruk na butelce. Z tyłu krótko opisane właściwości piwa. Tylko jasny kapsel nie pasuje, poza tym jest co prawda minimalnie inny niż ten, który był na miodowym i powiększy moją kolekcję, ale pogorszył się - umieszczony na środku teoretyczny rok założenia browaru zastąpiła data ważności, nieelegancki proceder.
8/10

Barwa
Z pozoru czarne, pod światłem natomiast całkowicie zmienia się na ciemnomiedziane, rubinowe - słowem, doskonała barwa porteru bałtyckiego. 
5/5

Piana
Niezbyt obfita, choć coś tam się tworzy, jest przynajmniej dość gęsta, jednak bardzo szybko pojawiają się już na powierzchni pierwsze ubytki, po jakimś czasie trzeba zadowolić się niezbyt okazałym pierścieniem - nawet jak na styl kiepsko. 
2/5

Zapach
Bardzo przyjemny ładunek ciemnosłodowy, w którym mniej więcej równy udział dostaje się kawie, czekoladzie, kakau, a gdzieś tam w tle pojawiają się suszone śliwki i wiśnie, jest też bardzo mocno przypalony karmel - świetny zapach, który w dodatku zyskuje z czasem, zamiast tracić, może nie wybitny, ale naprawdę na bardzo wysokim poziomie. 
8,5/10

Smak
Tu prezentuje się jeszcze bardziej wyraziście - tu jest już dość mocno wytrawne, nuty palone grają pierwsze skrzypce, ale nie są osamotnione, w sukurs przychodzi im spora dawka słodkiej, ale w najmniejszym stopniu nie za słodkiej czekolady, jest też całkiem znaczna goryczka, ogólnie prowadzi to do doprawdy idealnego balansu, a przy tym - choć trochę może brakuje jakichś owoców - kawa i czekolada występują w przeróżnych formach i toczą ze sobą fascynującą dyskusję, która rodzi piwo znakomite, prawdziwie wybitne, na rozkosznym finiszu dostajemy nawet trochę chmielu, a poza tym wzorowo ukrywa alkohol, przez co jest bardzo niebezpiecznie pijalne. 
9/10

Tekstura
Odrobinkę większy gaz by nie zaszkodził, bo nie jest przesadnie gęste.
4,5/5

8.0/10

Niesamowite odkrycie. Witnicki porter bezsprzecznie zmieścił się na podium najlepszych polskich tradycyjnych porterów bałtyckich, jakie piłem, mniej więcej na równi z Komesem (dużo gorzej z pianą, odrobinę lepiej spisał się w ustach). Czy trafiłem na świetną warkę, czy zawsze jest tak świetnie - nie wiem, ale tak czy inaczej Witnica mi... zaimponowała i mimo jej kiepskich opinii wstyd byłoby mi nie dać temu browarowi jeszcze jakiejś okazji do wykazania się.

wtorek, 3 lutego 2015

Hofbräu Oktoberfestbier

Monachijski Hofbräuhaus to browar, który darzę największym sentymentem ze wszystkich na świecie. Nie tylko był to pierwszy browar, który świadomie odwiedziłem w życiu, ale też po prostu wywarł na mnie piorunujące wrażenie i odegrał swojego czasu rolę dużej wagi w rozpalaniu się mojej pasji do piwa. Ten klejnot, tę kwintesencję Bawarii, który stanowi dla mnie serce Monachium bardziej nawet niż najsłynniejszy Marienplatz z onieśmielającym ratuszem, opisałem już co nieco w relacji z mojej ostatniej podróży do Bawarii, odetnę więc z bólem serca sentymenty i przejdę już do samego piwa. Nie spodziewałem się w ogóle do niedawna, że w Polsce można dostać piwa HB i gdy zobaczyłem jedno na półce, nie miałem prawa nie wziąć, zwłaszcza że choć piłem już cztery różne, to tego jeszcze nie. A jest bardzo ważne w asortymencie Hofbräuhausu jako jednego z głównych graczy Oktoberfestu. Przy okazji dodam sobie nowy styl do statystyk - festbier, który to styl BJCP w nowej klasyfikacji słusznie oddzieliło od marcowego. Po samym piwie nie spodziewam się nie wiadomo czego, ale dzisiaj trochę ważniejszy jest dla mnie sam fakt, że zrecenzuję piwo z HB. I w końcu będę mógł użyć pierwszego firmowego szkła do piwa, jakie w życiu kupiłem.

Informacje ogólne: 
Piwo: Hofbräu Oktoberfestbier
Kraj: Niemcy 
Land: Bawaria
Miasto: Monachium
Browar: Staatliches Hofbräuhaus München
Styl: festbier
Alkohol: 6,3%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 500 ml
Warka: do 11.05.2015
Cena: brak danych

Opakowanie
Etykieta w niemieckim, mało oryginalnym, ale jak zazwyczaj ładnym, estetycznym stylu. Na frontowej widzimy monachijską katedrę, diabelski młyn i oczywiście Hofbräu Festzelt, halę, którą browar posiada na potrzeby Oktoberfestu. Bardzo ładny firmowy kapsel, który zajmie jakże ważne miejsce w mojej kolekcji. 
8/10

Barwa
Piękny, głęboki, złocisty kolor - z pomocą całkowitej przejrzystości i obficie ulatującego gazu ten klasyczny kolor wypada tu wyjątkowo pięknie. 
4,5/5

Piana
Bardzo obfita, z gęstością może już nie aż tak doskonale, ale też dobrze, utrzymuje się dość długo w całości, do końca pozwala sobie jedynie na niewielkie dziury.
4/5

Zapach
Intensywna, zaokrąglona woń jasnego słodu, słodka raczej, przypominająca zapach mąki albo ziarna, do tego szczypta kwiatowego chmielu - aromat może nie najdoskonalej wyszukany, ale zupełnie wyprany z wad, czysty, bardzo świeży i zachęcający, w swej prostocie świetny. 
8,5/10
Smak
Bardzo słodko, ale w żadnej mierze nie męcząco dzięki rozsądnej dawce chmielowej goryczki, przechodzącej wręcz w pikantność; to jeden z bardziej wyrazistych jasnych lagerów, jakie spotkałem, napór słodowości jest wręcz powalający - piwo proste, ale świetne, doprawdy świetne, z klasycznego, jasnego lagera wiele więcej już się wycisnąć nie da. 
8,5/10

Tekstura
Minimalnie za niskie wysycenie.
4,5/5

8.0/10

Nie spodziewałem się wielkiego piwa, a jednak takie dostałem. To najlepszy klasyczny jasny lager - ze wszystkich podgatunków - jakiego w życiu piłem poza jednym tylko pilznerem z praskiego browaru restauracyjnego U tří růží. Wszystkie poprzednie piwa HB też mnie tak chyba nie zachwyciły, dobrze, że za tym browarem nie będzie stał u mnie tylko sentyment, ale też naprawdę świetne piwo.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Belhaven (Greene King): St. Andrews Ale

Wreszcie. Rodzina szkockich ale była największym pozostającym nieobecnym na blogu. Mimo że to już degustacja nr 419, przez cały ten czas nie udało mi się trafić na żadne tradycyjne szkockie ale - light, heavy, export czy wee heavy. Mam pod ogólnym hasłem "szkockie ale" kilka piw, ale wszystkie to ekstremalnie luźne interpretacje BrewDoga. Tym razem w końcu udało mi się dorwać piwo z browaru Belhaven, na które od dawna polowałem. "Scottish Ale" z tej stajni było bowiem jednym z moich kilku pierwszych nieeurolagerów w życiu i (jak do wszystkich takowych) mam do niego spory sentyment, dokładnie pamiętam, jak je kupowałem, piłem i tak dalej. Nie udało się go zdobyć, ale jest inne, podobnie wyglądające St. Andrews Ale, które w dotychczasowej klasyfikacji BJCP było nawet jednym z komercyjnych przykładów stylu scottish export (do nowej już jednak nie trafiło).

Informacje ogólne:
Piwo: St. Andrews Ale
Kraj: Wielka Brytania (Szkocja)
Hrabstwo: East Lothian
Miasto: Dunbar
Browar: Belhaven (Greene King)
Styl: Scottish Export
Alkohol: 4,6%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 500 ml
Warka: do 04.2015
Cena: 7 zł

Opakowanie
Przezroczysta butelka o doprawdy urzekającym, niespotykanym kształcie, która na długo zapadła mi w pamięć. Do dziś mam słabość do bursztynowych piw w przezroczystym szkle. Z opisu na bardzo stylowej etykiecie dowiemy się, że nazwa piwa nawiązuje do patrona Szkocji oraz miasta znanego jako "the Home of Golf". Szkoda tylko gołego kapsla.
8,5/10
 
Barwa
Przepiękna - mieni się wszystkimi odcieniami bursztynu, jest przy tym krystalicznie przejrzyste, a do perfekcji doprowadza je ładnie ulatujący gaz. 
5/5

Piana
Obfita, oblepia szkło i bardzo długo się utrzymuje na całej powierzchni - mogłaby być może trochę gęstsza, ale i tak świetna. 
4/5

Zapach
Świetne zestawienie wyrazistej słodowości, nieco ziemistej, nieco przypalanej, z rozsądną dawką konserwatywnego, ziołowego chmielu; w tle wyraźne estry owocowe oraz równie wyraźne nuty popiołowe i tytoniowe - zapach wbrew pozorom wcale nie prosty, a złożony i bardzo przyjemny - jedynym mankamentem jest minimalny kwasek. 
8/10

Smak
Pierwsze chwile po wzięciu pierwszego łyka zapowiadają, że w smaku będzie podobnie, niestety zaraz po przełknięciu trzeba zmierzyć się z dość natarczywym atakiem metaliczności, co odbiera mu dużo uroku, a gdyby odjąć ten metal, to jest naprawdę świetne - słód dostarcza akcentów wręcz drzewnych, poza tym podobnie jak w zapachu mamy lekką ziemistość, leciutkie przypalenie, estry owocowe i popiół, do tego złagodzenie ogólnej wytrawności subtelnymi dawkami karmelu - byłoby to wspaniałe doprawdy piwo, ale ewidentny metal, który trochę co prawda ustępuje z czasem, strasznie burzy finisz - dopiero na bardzo zaawansowanym jego stadium odpuszcza i można cieszyć się przyjemną, prostą chmielowością; mimo wszystko i tak dostarcza dużo przyjemności, ale niedosyt jest ogromny. 
7/10

Tekstura
Trochę za nisko wysycone.
3,5/5

6.5/10

Taka szkoda - to naprawdę mogło być piwo znakomite, ale nie da się przejść obojętnie nad takim poziomem gwoździa. Jest tylko dobre. Zainspirowało mnie jednak do poszukania innych szkockich ale, ten skandalicznie niepopularny w dobie piwnej rewolucji styl wydaje się mieć dla mnie zaskakująco spory potencjał.

Greene King: Old Hoppy Hen

Zachciało mi się niezmiernie wypić prostego, tradycyjnego, angielskiego bittera z jakiegoś przedrewolucyjnego browaru. Nic dziwnego - przez ostatni rok wypiłem tylko jedno takie piwo, a bardzo sobie ten styl cenię. W tym celu postanowiłem odświeżyć znajomość z serią "Old Henów", warzonych przez brytyjski mini-koncern Greene King. Dotychczasowe dwa piwa z tej serii były właśnie takimi może nie wybitnymi, ale uczciwymi, bardzo dobrymi angielskimi ale. Tym razem Old Hoppy Hen, który będzie chyba takim odrobinę podkręconym premium bitterem (jest w nim szczypta żyta i amerykańskiego chmielu chinook).

Informacje ogólne:
Piwo: Old Hoppy Hen
Kraj: Wielka Brytania (Anglia)
Region: East of England
Miasto: Bury St Edmunds
Browar: Greene King Brewery
Styl: premium bitter
Alkohol: 4,2%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 500 ml
Warka: do 04.2015
Cena: 7 zł

Opakowanie
Poza kolorem identyczne jak na Old Speckled Henie, bardzo, bardzo ładne. Tym razem jednak goły kapsel, szkoda. 
7,5/10



Barwa
Ciemnozłote, w pełni klarowne - proste i ładne.
3,5/5

Piana
Obfita, ale pozostawiająca wiele do życzenia, jeśli chodzi o gęstość, poza tym jednak pozostawia trochę śladów na szkle i do końca utrzymuje się na prawie całej powierzchni.
4/5

Zapach
Zaczęło się bardzo ładnie - od klasycznej bitterowej kwiatowej chmielowości z bardzo delikatną nutką obiecywanego w opisie grejpfruta, ale po chwilach paru wszystko mocno przysłonił diacetyl, ostatecznie nie można nazwać zapachu lepszego niż słabym, choć potencjał był na bardzo dobry.
3,5/10


Smak
Znacznie lepiej, tu diacetyl jest już śladowy i można cieszyć się udanym, typowo angielskim mariażem jasnego słodu i tradycyjnego chmielu, nawet z dość wyraźną przewagą tego drugiego - proste, ale miłe ziołowe nuty opanowują zwłaszcza bardzo przyjemny finisz. Nie jest to piwo wykwintne, nie jest w żadnej mierze wybitne, ale jest dobre i wyraziste.
7/10

Tekstura
Prawie doskonała, jedynie odrobinę podbiłbym gaz.
4,5/5

5.5/10
 
Tego się nie spodziewałem, ze wszystkich piw z tych tradycyjnych angielskich browarów, jakie piłem, w żadnym chyba nie było nawet grama wyczuwalnego diacetylu. Szkoda, bo mógł to być kolejny może nie bardzo dobry, ale choć niezły bitter z tego browaru i moje pragnienie zostałoby zaspokojone, ale skończyło się na piwie ledwie przyzwoitym.