piątek, 24 stycznia 2014

Heller: Aecht Schlenkerla Rauchbier Märzen

Po De Molenie i Samuelu Smithie przychodzi czas na kolejne miejsce-legendę, niemiecką Schlenkerlę. A w zasadzie piwo z browaru Heller w Bambergu, który powiązany jest ściśle z przesłynną szynkownią, której na imię Schlenkerla właśnie - nazwa browaru raczej nie jest bardzo kojarzona, ale już przybytek i piwa, które serwuje, to jedne z największych ikon świata piwnego w Niemczech i zresztą na całym świecie. Dość powiedzieć, że wszystkie piwa, jakie serwuje się w Schlenkerli, to piwa wędzone i jest ich aż osiem, co czyni z tego miejsca bezwzględną Mekkę, Watykan i Eldorado w jednym miłośników tego typu spojrzenia na piwo i obiekt pożądania prawie wszystkich głębiej zainteresowanych piwem ludzi - w tym mój. Na pierwszy ogień wziąłem chyba najbardziej podstawowe marcowe - styl, którego dymną interpretację miałem już okazję próbować dzięki niezastąpionej Pincie. Zupełny brak piany zniszczył ocenę piwa, ale było przepyszne i jeśli ktoś umie to robić lepiej, to drżę z podniecenia. Dla Niemiec to okazja do podreperowania jak dotąd nierewelacyjnego zestawu ocen.

Informacje ogólne:
Piwo: Aecht Schlenkerla Rauchbier Märzen
Kraj: Niemcy
Land: Bawaria
Miasto: Bamberg
Browar: Brauerei Heller
Produkowane od: brak danych
Styl: marcowe wędzone
Alkohol: 5,1%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 500 ml

Opakowanie
Sympatyczna, klimatyczna etykieta, stylizowana na średniowieczny styl, bogato ozdobiona gotycką czcionką - ta stylistyka nieco tuszuje znaczne zmęczenie samej butelki. Na kontrze kilka zdań o browarze po niemiecku. Kolorystycznie dedykowany kapsel, ogólnie bardzo pozytywnie.
8/10

Barwa
Bardzo ciemne, może nawet wydać się czarne; pod światłem ujawnia ciemnobrązowe i rubinowe prześwity; bardzo ładne. 
4/5

Piana
Obfita i piekielnie gęsta, do tego bardzo trwała, choć jednak w końcu się trochę poddaje - prawie ideał.
4,5/5


Zapach
Bardzo intensywnie wędzony, bezkompromisowy, zdecydowanie w stylu - trochę za bardzo przykrywa jakiekolwiek inne doznania, tylko gdzieś daleko czuć słód i karmel, ale wędzonka - połączenie kulinarnych nut wędzonych z typowymi drewniano-dymnymi jest naprawdę piękne i szlachetne. 
8,5/10

Smak
Tu już na równych prawach ze świetną wędzonką występuje absolutnie przepyszna, ciemna, karmelowa słodowość, które łączą się w piwo lekkie, a jednocześnie bardzo wyraziste i charakterne, z przyjemnym, dymno-kwaskowatym finiszem - mankament stanowi minimalnie za duża słodycz, która obniża trochę - i tak jednak świetną - pijalność. 
9/10

Tekstura
Bliska doskonałości, ale jednak coś bym w niej poprawił - nieco podciągnął w górę wysycenie i ściągnął w dół gęstość.
4,5/5

8.0/10

Fantastyczne piwo, choć jednak po takiej legendzie spodziewałem się chociaż dobicia do dziewiątki. Ale być może przyjdzie na to czas, przede mną wszak jeszcze pozostałe siedem opcji z Bambergu, a bez wątpienia będę dążył do skosztowania wszystkich. Jeśli chodzi o Pintę - gdyby nie fatalna kwestia piany, nie miałaby się absolutnie czego wstydzić - w pozostałych parametrach Dymy Marcowe są równie dobre. Te dwa piwa są zresztą ekstremalnie podobne - założę się, że Polacy wzorowali się na wypitym właśnie przeze mnie piwie. I chyba słusznie, bo sprawdzam i w opisie Dymów Pinta przywołuje Schlenkerlę. Pogratulować wiernego odwzorowania, tylko nad tą pianą popracujcie.

 



_________________________________________________________________________________
 
 
 
Powtórka 22.08.2017 r., warka do 10.2017 r.
 
Genialna barwa i piana. W zapachu rozkoszne połączenie typowej bamberskiej wędzonki kojarzącej się mocno z wędzoną szynką i w mniejszym stopniu z ogniskiem z pięknymi wtrąceniami słodowego karmelu i chleba. W smaku jest właściwie jeszcze lepiej, zalety najlepszej wędzonki świata nie zostają zatarte, a zwiększa się rola pięknej, okrągłej słodowości. Świetna jest też tekstura, jest takie rozkosznie puszyste. Rany boskie, jako wędzonkowy niemal-prawiczek 3,5 roku temu zaprawdę nie doceniłem tego wybitnego piwa. Prawie zawsze obniżam oceny piw, które oceniłem w swoich piwnych początkach, tutaj podwyższam i to mocno.
 
9.0/10

czwartek, 23 stycznia 2014

Revelation Cat (Ramsgate): California Moonset

Powracam do Revelation Cata, z którym jakiś czas temu zacząłem już przygodę, degustując świetne amerykańskie pale ale. Znowu nie wybrałem nic potężnego, a może nawet bardziej powszedniego dla rewolucji niż APA, bo standardowe - choć względnie mocne - amerykańskie India Pale Ale. Zobaczymy, jak będzie prezentowało się na tle tych kilku znakomitych AIPA, które już tu opisywałem - mam w każdym razie nadzieję na niezłą chmielową ucztę.

Informacje ogólne:
Piwo: California Moonset
Kraj: Wielka Brytania (Anglia) - warzone przez włoski browar kontraktowy
Region: South East England
Miasto: Ramsgate
Browar: Ramsgate Brewery (Revelation Cat)
Produkowane od: 2012
Styl: amerykańskie India Pale Ale
Alkohol: 7%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 330 ml

Opakowanie
Podobnie jak za pierwszym razem ładna, oryginalna i bogata w informacje etykieta. Ma być bardzo chmielowo i goryczkowo. Tym razem jednak obyło się bez firmowego kapsla, jest zwyczajnie czarny. To piwo zaliczone do chmielowej serii piw.
8/10

Barwa
Złote, ale bardzo mocno zmętnione, przez co wydaje się nieco ciemniejsze; solidne, estetyczne, ale bez rewelacji.
3/5

Piana
Ładna, w miarę obfita i gęsta, bardzo trwała, utrzymuje się do końca. 
5/5

Zapach
Intensywny, klasyczny zapach pochodzący od amerykańskiego chmielu - dominują zdecydowanie owoce, ale niekoniecznie tropikalne, bardziej przywodzą na myśl mango, brzoskwinię, trochę liczi - bardzo ładny, choć dość prosty i niekoniecznie nadzwyczajny.
8,5/10

Smak
Zaczyna się bardzo krótką, słodką nutą obecnych w zapachu owoców, po której następuje błyskawiczne przejście w bardzo mocną, ale jednocześnie szlachetną, owocowo-żywiczno-iglastą goryczkę, która dominuje już potem wszystko, jednak ani myśli przykrywać słodkiej nuty owocowej - pyszne. 
9/10

Tekstura
Nie mogę się przyczepić.
5/5

8.5/10
 
Piękne, wspaniałe piwo, z jedną z najpyszniejszych goryczek, jakie w życiu spotkałem - potężne. Mimo to jednak kilku AIPA nie przeskoczyło w rankingu. Inna sprawa, że w tym stylu konkurencja jest już na blogu szczególnie ogromna. Cóż, zacieram ręce na myśl o dalszych przygodach z Revelation Catem.

środa, 15 stycznia 2014

Anchor: Bigleaf Maple

Zakupienie California Lager z Anchor Brewing zostało przeze mnie okrzyknięte jakiś czas temu najgorzej wydanymi na piwo pieniędzmi w życiu. Może trochę na wyrost - mimo wszystko wolę już dostać takie za ponad dziesięć złotych niż Tyskie w tej samej ilości za - strzelam - dwa złote.  To chyba jednak jedyne importowane i dość drogie piwo, które zawiodło mnie aż tak, żebym wystawił mu ocenę negatywną, znaczy się poniżej 5/10. Lubię jednak dawać drugie szanse, a Anchor zasługuje sobie na nią zwłaszcza estymą, jaką cieszy się wśród miłośników dobrego piwa. Z rozpędu wziąłem z półki aż trzy ich piwa, więc jeśli dzisiaj sprawy nie wypalą, to będzie jeszcze trzecia i czwarta szansa. Mam jednak nadzieję, że druga załatwi wszystko i polubimy się z browarem z San Francisco. Przede mną amerykańskie amber ale, uwarzone po raz pierwszy w zeszłym (już) roku.

Informacje ogólne:
Piwo: Bigleaf Maple
Kraj: Stany Zjednoczone
Stan: Kalifornia
Miasto: San Francisco
Browar: Anchor Brewing Company
Produkowane od: 2013
Styl: amerykańskie amber ale
Alkohol: 6%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 355 ml

Opakowanie
Odkupienie win zaczyna się świetnie - jak poprzednia etykieta mnie nie zachwyciła, tak tutaj jest po prostu przepiękna, cudowna, niesamowicie klimatyczna, a w połączeniu z kameralną buteleczką wprost poruszająca. Co więcej, tutaj na kontrze mamy już normalnie podaną zawartość alkoholu. Dedykowany kapsel, a na krawatce cała historia na temat piwa, z której dowiedziałem się nawet, że klon to kalifornijskie "native tree". I że w piwie znajduje się odrobina syropu klonowego. Małe dzieło sztuki.
9,5/10

Barwa
Piękny, acz jeszcze kawałek od najlepszego, głęboko bursztynowy kolor, który fantastycznie komponuje się ze stylem i etykietą; do tego odrobina ulatującego gazu. 
4,5/5

Piana
Bardzo obfita, dość gęsta i bardzo trwała, choć nie utrzymuje się do końca. 
4,5/5

Zapach
Bardzo, bardzo przyjemne słodowo-karmelowe nuty na pierwszym planie, podszyte wyjątkowo delikatnym, ale wyraźnym akcentem amerykańskiego chmielu, który dostarcza wrażeń żywiczno-iglastych i lekko pomarańczowych; nie doskonały, ale bardzo przyjemny. 
8/10
Smak
Tu również dobrze, lecz już nie aż tak; nieco większą inicjatywę podejmuje chmiel, tym razem nie robiąc już za tło, ale równego partnera dla typowo "bursztynowej" słodowości - mankamentem jest niezbyt eleganckie, choć może dalekie od tragicznego oblicze goryczki, trochę pustej i kartonowej, pozostawiającej nieciekawy finisz - ogólnie smaczne i pijalne, ale nie do przesady. 
7/10

Tekstura
Bez zarzutu, doskonałe i stabilne wysycenie.
5/5

7.0/10

Znakomitość skończyła się na wrażeniach wizualnych. Przyjemne piwo, ale ciągle nie dostałem z Anchor nic nadzwyczajnego. Musiałem też się cofnąć do pierwszej degustacji i okazało się, że pamięć mnie nie zawiodła - również w California Lager przeszkadzała mi, choć co prawda znacznie bardziej niż tu, nieszlachetna, kartonowa goryczka. Tak jak wspomniałem, jeszcze co najmniej dwa piwa z San Francisco przede mną - mam nadzieję, że tam już tego nie będzie.

wtorek, 14 stycznia 2014

To Øl (De Proef): Fuck Art This Is Advertising

Ciągle nie miałem okazji doświadczyć żadnego piwa uwarzonego z Danii, ale już trzeci raz dodam sobie dziś ten kraj do tagów. Zdegustuję bowiem piwo duńskiego browaru kontraktowego, a może raczej wędrownego (tzw. gypsy brewery) - co prawda prawie wszystkie piwa uwarzyli oni w belgijskim De Proefbrouwerij, ale mają też epizody z innymi browarami, między innymi z BrewDogiem. Nie wiedząc, jak prędko trafię na kolejny ich wyrób, wziąłem z półki sklepowej quadrupla o kuriozalnej etykiecie.

Informacje ogólne:
Piwo: Fuck Art This Is Advertising
Kraj: Belgia (uwarzone przez duński browar kontraktowy)
Prowincja: Flandria Wschodnia
Miasto: Lochristi
Browar: De Proefbrouwerij (To Øl)
Produkowane od: brak danych
Styl: quadrupel
Alkohol: 11,3%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 330 ml

Opakowanie
Kuriozalna, prowokacyjna etykieta. Całkiem to śmieszne (zwłaszcza ten bezkompromisowy kot na krawatce), ale i brzydkie nieprzeciętnie. Niestety niewiele dowiadujemy się o piwie poza tym, że to pełny i mocno chmielony quadrupel. Więcej informacji ma być na stronie internetowej - nie ma. Goły kapsel. Niepodane miejsce uwarzenia. No nie ma rewelacji. Choć całość do przeciętnych nie należy, ocena dość przeciętna będzie.
4/10
 
Barwa
Ciemnobrązowe, dość majestatyczne; minimalne jasnobrązowe prześwity, wygląda na dość zmętnione. 
4/5

Piana
Obłędnie gęsta, oblepiająca nieco szkło, do tego obfita i długo się utrzymuje, choć w końcu minimalnie poddaje. 
4,5/5

Zapach
Stanowi bardzo udane połączenie świeżych nut chmielowych, belgijskich i koźlakowych, co daje w rezultacie wybitnie złożony koncert owocowo-karmelowy, podszyty dumnymi akcentami alkoholu - piękny i intensywny, choć nie najlepszy na świecie. 
9/10

Smak
Potwornie treściwe, dość ciężkie, ale ciężar ten przekłada się na niesamowicie zintensyfikowane doznania - chmiel odchodzi tu zdecydowanie na dalszy plan, rządzi bardzo świeża, bezkompromisowa, wyrazista i piękna opcja belgijska, ujawniająca się w słodko-przyprawowej owocowości; chmiel powraca w postaci bardzo przyjemnej, mocnej, ale nie gryzącej goryczki, która w towarzystwie nut karmelowych tworzy znakomity finisz. 
10/10

Tekstura
Minimalnie za bardzo nagazowane, ale dość szybko ustępuje i osiąga idealną, przyjemnie gęstą teksturę.
4,5/5

9.0/10

Na niedługo przed końcem pierwszego roku obrotowego na blogu udało mi się wystawić szóstą już dziesiątkę za smak - nie zdarzyło mi się to od wakacji. Fascynująco doskonale zbalansowane piwo, perfekcyjne zbicie chmielu z Belgią. Pozostałe parametry perfekcji nie osiągnęły, przez co piwo do najwybitniejszych się nie zakwalifikowało, a spośród wszystkich z tą upragnioną dziesiątką notę ogólną dostało najsłabszą, ale wędrowni Duńczycy sprawili, że będę musiał prędzej czy później na nich zapolować.

niedziela, 12 stycznia 2014

Coopers: Sparkling Ale

Powracam do australijskiego Coopers Brewery, które podbiło moje serce znakomitym Foreign Extra Stoutem. Po jego zdegustowaniu postanowiłem wziąć wszystko, co z tego browaru znajdę - znalazłem niestety tylko dwa nowe obiekty. Dziś piwo, które określili mianem "gazowanego ale" (bo chyba "sparkling" nie oznacza tu błyszczącego), co zdecydowanie mało mówi o zawartości - jak się okazuje, jest to po prostu klasyczne angielskie złote ale. Po ocenie stoutu nadzieje mam bardzo duże.

Informacje ogólne:
Piwo: Sparkling Ale
Kraj: Australia
Stan: Australia Południowa
Miasto: Adelaide
Browar: Coopers Brewery
Produkowane od: brak danych
Styl: angielskie golden ale
Alkohol: 5,8%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 375 ml

Opakowanie
Zupełnie identyczne jak przy stoucie, tyle że pozmieniały się trochę kolory na etykiecie oraz kapslu. Co najbardziej rzuca się w oczy to grawerowana butelka i brak słowa o składzie. O, a w południowej Australii za oddanie butelki do sklepu dostałbym jeszcze 10 centów. Aż szkoda, że ściągam etykiety.
8/10  

Barwa
Złote z wyraźnymi drobinkami osadu (po dolaniu wszystkiego jest już ich prawdziwy legion), które nie sprawiają najlepszego wrażenia; naprawiają to jednak wspaniale unoszące się bąbelki gazu.
3/5

Piana
Ładna, gęsta, niezbyt obfita - dość długo utrzymuje się w całości na tafli, w końcu jednak poddaje. 
3/5

Zapach 
Rządzą zdecydowane estry owocowe na czele z jabłkami, w tle bardzo czysta słodowość; ładny, ale ani szczególnie ciekawy, ani wybitnie intensywny. 
6,5/10

Smak
W smaku nieco bardziej zdecydowane; wyraźniejsza jest zarówno naprawdę apetyczna, miękka słodowość, jak i nuty estrowe, tutaj przechodzące trochę w cydrowe; początkowo dość słodkie, im bliżej finiszu, tym więcej owocowości - ten zaś dostarcza nie najsmaczniejszej na świecie, ale przyzwoitej goryczki - smaczne, lecz nieprzesadnie. 
6,5/10

Tekstura
Faktycznie jest bardzo nagazowane; mogłoby trochę spuścić z tonu.
3,5/5

6.0/10

Dobra rzecz. Jeśli patrzeć na rubryczki BJCP i położenie złotego ale w tej samej klasie co kölscha, było to najbardziej klasyczne złote ale, jakie piłem - bardzo bowiem podobne, chociaż przekroczyło trochę dozwoloną ilość alkoholu. Raczej nic jednak, czym można by się jakoś bardzo delektować; ot, może robić za piwo powszednie. Rozczarowałem się po tamtym fantastycznym stoucie.

piątek, 10 stycznia 2014

Samuel Smith: Taddy Porter

Tak jak niemal od początku mojej przygody z dobrym piwem najbardziej fascynują mnie smaki belgijskie, tak równocześnie zawsze odczuwałem największy pociąg do angielskiej otoczki. Nie umiem do końca powiedzieć, dlaczego, ale jeśli chodzi co najmniej o piwo, Anglia jawi mi się jako kraina nieco magiczna. I magiczny jest bez wątpienia browar Samuel Smith, najstarszy taki obiekt w Yorkshire, powstały w roku 1758, do dziś produkujący piwo na bazie wody z własnej studni ponad dwustuletnią metodą fermentacyjną, dostarczający piwo do pubów w drewnianych beczkach. Na początek przygody z tym fascynującym browarem wezmę do ust ich klasyczny, angielski porter.

Informacje ogólne:
Piwo: Taddy Porter
Kraj: Wielka Brytania (Anglia)
Region: Yorkshire and the Humber
Miasto: Tadcaster
Browar: Samuel Smith Brewery
Produkowane od: 1979
Styl: brown porter
Alkohol: 5%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 355 ml

Opakowanie
Znakomite; piękna frontowa etykieta w stylu retro, butelka w ciekawym kształcie z niewielkimi, ale świetnym grawerunkami, na kontrze parę zdań na temat procesu warzenia piwa, a nawet zdjęcie, ukazujące moment dodawania chmielu do kadzi. Elegancja przy jednoczesnym braku przepychu; bliskie ideału.
9,5/10
Barwa
Czarne z nieznacznymi, ciemnobrązowymi prześwitami, pod mocnym światłem rubinowymi; bardzo ładne. 
4/5

Piana
Dość obfita, ekstremalnie drobna, o pięknym, ciemnobeżowym kolorze, nieszczególnie trwała, ale za to przepięknie osiadająca na szkle. 
3,5/5

Zapach 
Fascynujące połączenie bardzo mocnych nut wiśniowych z karmelowymi, trochę dalej bardziej klasyczne dla ciemnego słodu akcenty, w tle wyraźna paloność; bardzo zachęcający, świeży, dość intensywny, choć mógłby być bardziej. 
8/10
Smak
W smaku jest jeszcze lepiej, wiśnie zdecydowanie ustępują, a pełnię swoich możliwości pokazują akcenty klasycznie porterowe, bardzo, bardzo gładkie; na pierwszym planie czekolada - w ustach mleczna, a im bliżej finiszu, tym coraz bardziej gorzka. Ten ostatni mocno naznaczony trochę zbyt agresywnie kwaskowatymi nutami palonymi, które grzebią czekoladę, a wprowadzają kawę - nie za wysoka, trochę ozdobiona kwaśnością goryczka.
9/10

Tekstura
Przydałoby się trochę wyższe wysycenie, ale o jego niezwykłej aksamitności, która winduje i tak wysoką pijalność, można by napisać poemat.
4,5/5

8.0/10
 
Świetny, choć nie zwalający z nóg angielski porter. Klasyka stylu, powinien służyć za przykład różnic między stoutami a porterami ze swoim bogactwem nut wiśniowych i czekoladowych. Poczułem angielską magię i przypomniałem sobie, że dużo magii upatruję również w piwach ciemnych. Raczej nie za szybko, ale na sto procent wrócę do browaru imienia Samuela Smitha.

czwartek, 9 stycznia 2014

BrewDog: Watt Dickie

Dzisiejsza degustacja będzie bardzo osobliwa. Skosztuję bowiem piwa tak mocnego, jakiego jeszcze nie piłem i najpewniej jednego z najmocniejszych w całym życiu. Jak dotąd moim rekordem pozostawało Tokyo* - również z BrewDoga - z zawartością alkoholu 18,2%. Podnoszę sobie osiągnięcia bardzo wysoko, bo Watt Dickie jest niemal dwukrotnie mocniejszy z aż 35%. Osobliwa będzie również najmniejsza, jaką w życiu spotkałem objętość butelki - zaledwie 60 mililitrów. Czy to jeszcze piwo, czy już bardziej spirytualia?

Informacje ogólne:
Piwo: Watt Dickie
Kraj: Wielka Brytania (Szkocja)
Hrabstwo: Aberdeenshire
Miasto: Ellon
Browar: BrewDog
Produkowane od: 2013
Styl: lodowe imperialne India Pale Ale
Alkohol: 35%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 60 ml

Opakowanie
Apteczna fiolka z żadnej strony nie przywodząca na myśl piwa, zapakowana w kartonik. Trzeba na wstępie pochwalić BrewDoga za zdecydowanie się na taką objętość - po pierwsze, można wypić piwo w całości, a jednocześnie się nie zalkoholizować, a po drugie dzięki temu nikt nie musi wydawać kilkuset złotych, żeby zetrzeć się z taką ciekawostką (choć nie da się ukryć, że nawet za ten maleńki flakonik dałoby się nabyć cztery-pięć półlitrowych, przepysznych piw z Pinty bądź AleBrowaru). Zawsze znakomite wrażenie robi również zapakowanie butelki w pudełko. Przyczepić się jednak trzeba do braku niemal jakiegokolwiek opisu piwa - dowiadujemy się tylko, że to piwo i jakie jest mocne. Szata graficzna również nie powala.
7,5/10

Barwa
Istotnie wyglądem przypomina jakiś mocny alkohol, brandy bądź bardzo ciemną whisky; ciemnobursztynowe, wpadające w miedź, bardzo klarowne, opalizujące; piękne. 
5/5

Piana
Wyłączona z oceny, nie ma prawa jej tu być. 
0/0

Zapach
W zapachu, o dziwo, bardzo przypomina imperialne India Pale Ale - objawia się to w owocowym aromacie, choć nie takim jak zwykle w tym stylu; jest to jakby zapach owoców użytych do produkcji nalewki; nie da się ukryć, że jest umiarkowanie przyjemny; na tyle intensywne, że najlepiej wypada wąchane z pewnej odległości - wsadzając nos do kieliszka dziwaczne owoce stają się zbyt agresywne, wprost nieprzyjemne, a do tego zaczyna gryźć nas alkohol - to jednak normalne przy takim woltażu, ogólnie zapach bardzo ciekawy, dość ładny, ale bez rewelacji. 
6/10

Smak
W smaku jest lepiej - spodziewałem się czegoś zupełnie z kosmosu, a smakuje jak to, czym jest, czyli ekstremalnie mocne imperialne IPA; jego nuty przemieszane z alkoholem dominują wszystko - na początek atakuje jakby bardzo skondensowany smak piwa, na przełyku zdecydowanie rządzi alkohol, a finisz przywraca znów nuty IPA i mocną goryczkę; bez wątpienia ukrywa alkohol lepiej niż przeciętne spirytualia; bardzo ciekawe i naprawdę smaczne, szlachetne. 
8,5/10

Tekstura
Brak wysycenia, co oczywiście nie jest tu wadą - tekstura jest jednak trochę za ciężka, zbyt oleista nawet po uwzględnieniu woltażu.
3,5/5

7.0/10

Wrażenia, jak można było się spodziewać, bardzo niezwykłe, znacznie bardziej niż przy Tokyo*. Czy to jeszcze piwo? Tak, tak sądzę, w końcu tak smakuje mimo towarzystwa ogromnej ilości mocy - ale jednocześnie to już twardy alkohol. A z drugiej strony ciężko mierzyć je zarówno miarą przeciętnego piwa, jak i przeciętnego twardego alkoholu - diametralnie różni się od jednego i drugiego. Zrobiło na mnie pozytywne wrażenie, ale sądzę, że tego typu trunki zawsze pozostaną w kategorii ciekawostek - nie da się tym cieszyć tak jak zwykłym piwem, a w klasie napojów bardzo mocnych musi coś takiego oddać prym innym destylatom, zwłaszcza że w tej samej cenie za (mili)litr można dostać już naprawdę znakomitej klasy whisky. Jeszcze raz naprawdę ogromne brawa dla BrewDoga za objętość butelki.

środa, 8 stycznia 2014

Revelation Cat (Ramsgate): Dry Hop Thriller

W końcu przyszedł nań czas: Revelation Cat, jeden z najbardziej modnych obecnie wytwórców piwa w Europie. Przypadek szczególny i przysparzający kłopotów statystykom: przedsięwzięcie prowadzone przez urodzonego w Rzymie piwowara do niedawna domowego o narodowości włosko-angielskiej, który swoje piwo warzy w wynajętym w nadmorskim angielskim mieście browarze. Ta mieszanka zbiera wspaniałe recenzje i w ciemno zaopatrzyłem się w większą liczbę piw, przez co w najbliższym czasie będą się ich recenzje pojawiać na blogu dość gęsto. Na początek żaden mocarny RIS ni IIPA, a piwo powszednie rewolucji - amerykańskie pale ale.

Informacje ogólne:
Piwo: Dry Hop Thriller
Kraj: Wielka Brytania (Anglia) - warzone przez włoski browar kontraktowy
Region: South East England
Miasto: Ramsgate
Browar: Ramsgate Brewery (Revelation Cat)
Produkowane od: 2012
Styl: amerykańskie pale ale
Alkohol: 4,5%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 330 ml

Opakowanie
Pod względem estetycznym etykieta może się podobać lub nie aż tak, choć do mnie pomysł utrzymywania każdej w stylistyce starych gier wideo całkiem trafia, jest wyróżniający się i tak jak w przypadku BrewDoga daje świetny efekt, gdy chce się pokazać wszystkie piwa razem. Co jednak najważniejsze, jest to jedna z ciekawszych etykiet, jakie widziałem, może jedynie Pinta tak bogato przystraja swoje w informacje. Skład ciekawie opisany, nie na zasadzie suchego wyliczenia (w nim między innymi owies i pszenica), do tego rubryka, w której określone są goryczka, słodycz, moc, kolor, alkohol, IBU i styl. Trochę z przymrużeniem oka - za określenie ilości IBU na przykład muszą wystarczyć słowa "ekscytująco dużo jak na pale ale". Do tego ładny, firmowy kapsel i przypisanie piwa do jednej z kilku serii Revelation Cata - to tutaj znalazło się w kanonie piw sesyjnych.
9/10
 
Barwa
Bardzo jasne, słomkowe, dość znacząco zmętnione drobinkami osadu; byłoby zwyczajne, gdyby nie fakt niesamowicie mocno pracującego gazu - rzadko spotyka się w piwie tak agresywnie ulatujące bąbelki, a te tutaj w połączeniu ze wspomnianym osadem dają efekt fascynującej burzy. 
4,5/5

Piana
Po prostu niespotykanie obfita, początkowo niemal w całości wypełniła szklankę; bardzo trwała, naprawdę niezwykle agresywna. 
5/5

Zapach
Przyjemny, dość łagodny, chmielowy zapach, przywodzący na myśl owoce cytrusowe - pomarańcze i cytryny; mocno podszyte drożdżowością, można sobie życzyć większej intensywności.
7,5/10

Smak
Bardziej wyraziste, cytrusy całkowicie dominują, a za nimi wkracza przyjemna, dość wysoka, ale bardzo krótka, ani trochę nie zalegająca goryczka; potwornie smaczne, chociaż nie niosące za sobą jakichś kosmicznych doznań. 
8,5/10

Tekstura
Wysycenie trochę za bardzo poszło w pianę i odrobinę brakuje go w teksturze.
4,5/5

7.5/10

Swoją pierwszą przygodę z Revelation Cat zapamiętam przede wszystkim ze względu na jedno - najbardziej obfitą pianę, z jaką się w życiu spotkałem. Poza tym jest to świetne APA, jednak znam już dwa zdecydowanie lepsze, w dodatku tańsze opcje importowane - lżejsze z BrewDoga i cięższe ze Sierra Nevada, a rodzime, bez porównania tańsze King Of Hop, jest tylko trochę gorsze. Tak czy inaczej start bardzo dobry i zachęcający do kolejnych piw, które już czekają w kolejce.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Port Brewing: Older Viscosity

Nowy rok zaczynam od, miejmy nadzieję, mocnego uderzenia. Starzony w dębowych beczkach po bourbonie stout imperialny z amerykańskiego browaru rzemieślniczego w południowej Kalifornii, w pobliżu San Diego. Nadzieje na coś potężnego są duże - nie tylko przez styl, pochodzenie, korek i woltaż, ale też, nie da się ukryć, bardzo wysoką cenę.

Informacje ogólne:
Piwo: Older Viscosity
Kraj: Stany Zjednoczone
Stan: Kalifornia
Miasto: San Marcos
Browar: Port Brewing Company
Produkowane od: brak danych
Styl: stout imperialny (Bourbon BA)
Alkohol: 12%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 375 ml

Opakowanie
Eleganckie - nietypowy kształt butelki, korek - i to prawdziwy - i ładna, solidna etykieta, na której znajdują się cztery akapity tekstu o piwie. Z nich dowiemy się, że browar warzy też piwo Old Viscosity, również starzone w beczkach po bourbonie - z tego, co zrozumiałem, Older powstaje poprzez zmieszanie piw z kilku najbardziej udanych beczek Old, mamy więc do czynienia z wyjątkowością w wyjątkowości. Oby smak nadążał za otoczką.
9/10

Barwa
Bezwzględnie i nieodwołalnie czarne, zero prześwitów, cudowne. 
5/5
 
Piana
Ładna, gęsta i bardzo ciemna, ale wyjątkowo mało obfita, od początku cienki kożuszek szybko opada i powstają na nim dziury, wkrótce pozostaje jedynie ładny pierścień. 
2,5/5

Zapach
Na początku atakuje zdecydowana, bardzo przyjemna, gładka zbożowość, trochę kawy i czekolady, można doszukać się nut bourbonu, później rozwija trochę nut winnych - alkohol doskonale ukryty, dopóki specjalnie nie skupimy wiązki zapachu; bardzo ładny, łagodny, kojący wręcz, ale życzyłbym sobie zdecydowanie większej intensywności. 
8/10
Smak
W smaku bardzo aksamitne, również stara się popisać świetnym kamuflażem alkoholu, który początkowo czuć jedynie w postaci rozgrzania w przełyku, później jednak dominuje finisz - na szczęście bardzo uszlachetniają go nuty bourbonowe, które w połączeniu z miękką zbożowością dają efekt bardzo przyjemny, jakkolwiek od ideału daleki. 
8,5/10

Tekstura
Wysycenie jest bliskie zeru, co niestety najlepiej się z piwem nie dogaduje i za bardzo skupia uwagę na jego ciężkości smakowej; gęstość jest jednak za to bardzo dobra, gładka, przyjemna.
1,5/5

7.0/10

Niestety olbrzymie rozczarowanie. Zdecydowanie bardziej zdobyły moje serce chyba wszystkie stouty imperialne z BrewDoga, zarówno te leżakowane w beczkach po szlachetnych alkoholach, jak i te "zwykłe". Poza faktycznie wyraźnym posmakiem bourbonu nic interesującego.