Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 30-40%. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 30-40%. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 sierpnia 2014

BrewDog: Tactical Nuclear Penguin

Udało się, obchodzę kolejny jubileusz. Trzysta piw na blogu. Trzysta piw to już nie przelewki. Jestem już bliżej połowy tysiąca niż początku działalności. Utrzymuję dość stałe tempo i owe magiczne 500 powinienem osiągnąć w przyszłe wakacje. Teraz skupmy się jednak na dzisiejszej liczbie. W końcu nadarzyła się okazja, bym wyjął na światło dzienne piwo, które skrywam w swoich zbiorach od października, już niemal rok i jednocześnie spędzić ową uroczystość z moim ulubionym chyba browarem, BrewDogiem (chociaż po ostatnich wyczynach zastanawiam się, czy to jednak nie jest Pinta) - częściej niż co siódme piwo opisywane tu było piwem z BD właśnie, co być może czyni mnie blogerem piwnym z największą bazą zrecenzowanych piw z tego browaru. A piwo to Tactical Nuclear Penguin, być może najbardziej rozsławione z BrewDoga, przy czym na pewno jedno z najrzadziej pitych. 32% alkoholu to nie żarty, choć dzięki Szkotom właśnie piłem już piwo o trzy punkty procentowe mocniejsze. Tutaj mam większe oczekiwania, bo ciemne piwa bardziej mi pasują do takiego podbijania mocy. To też zdecydowanie najdroższe piwo, jakie wypiję - zarówno za butelkę, jak i za mililitr. Cena porażająca, da się za tyle kasy kupić już naprawdę znakomitą whisky.

Informacje ogólne:
Piwo: Tactical Nuclear Penguin
Kraj: Wielka Brytania (Szkocja)
Hrabstwo: Aberdeenshire
Miasto: Ellon
Browar: BrewDog
Produkowane od: 2009
Styl: lodowy stout imperialny (Scotch Whisky BA)
Alkohol: 32%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 375 ml

Opakowanie
Jedno z oryginalniejszych piw jest też jednocześnie jednym z oryginalniej zapakowanych. Butelka owinięta jest szarym papierem (który po ściągnięciu okazuje się mieć formę torby), na którym mieści się tylko narysowany dość lakonicznie pingwin i napis 32%. Przez butelkę przewieszony jest korek do zakorkowania butelki - znakomity ruch, jeśli ktoś nie ma pod ręką trojga przyjaciół i wypicie całego Pingwina samemu naraz nie wydaje mu się za dobrym pomysłem. Korek ma na sobie naklejkę z kodem kreskowym, ale mniejsza. Po ściągnięciu tej powłoki ukazuje nam się elegancka butelka z korkiem w stylu tych, w które BrewDog pakuje swoje Abstrakty. Świetnie wygląda połyskująca, czarno-srebrna etykieta, na której przeczytamy dobry opis piwa - dowiemy się, że było leżakowane w beczkach po szkockiej whisky. Co ciekawe, nigdzie nie pada słowo "piwo" - BrewDog określa swój produkt jako trunek (to znaczy sądzę, że tak by określał, gdyby był w Polsce).
10/10

Barwa
Piękna, ciemnobrązowa, mieni się niesamowitymi odcieniami pod różnym naświetleniem - świetne przebłyski rubinowe, bursztynowe, w dodatku dzięki gęstości zostawia piękne, szlachetne ślady na szkle - wyraźna oddzielność spływających "łez" świadczy o jakości. 
5/5

Piana
Brak, inaczej być nie mogło, wyłączona z oceny. 
0/0

Zapach
Czuć, że jest bardzo mocne, ale przy okazji dostajemy też piękne akcenty stoutu imperialnego - bardzo dużo orzechów, sporo wanilii, nawet trochę czekolady - a wszystko bardzo intensywne, bardzo wyraziste, ogólnie słodkie, niezwykle przyjemne mimo drażniących nozdrza nut spirytusowych. 
8,5/10
Smak
Niesamowita podróż - zaczyna się od potężnego uderzenia ciemnosłodowej, nieco waniliowej słodyczy, a następnie pałeczkę przejmuje najbardziej wyrazista orzechowość, z jaką się w życiu spotkałem w piwie - nadciąga jeszcze na chwilę przed przełknięciem, następnie w jego trakcie przypuszcza zmasowany atak, a w końcu rozkosznie rozpływa się na finiszu - tam jednak zaraz skupia na sobie uwagę przyjemne rozgrzanie przełyku; całość okala znakomita kwaskowatość, zdobywająca szczególnie rewelacyjny finisz; trzeba jasno powiedzieć, że jak na taką moc jest po prostu nieprawdopodobnie łagodne, bez wahania dałbym mu dziesięć procent mniej, jeśli nie jeszcze mniej - zaskakująca sprawa, ale to naprawdę wyśmienity stout imperialny, jeden z najlepszych, jakie piłem w życiu. 
10/10

Tekstura
Jest cudowna, rozkoszna gęstość wspaniale podkręca dostojeństwo tego niesamowitego piwa.
5/5

9.0/10

To jest ogromne zaskoczenie, cudowne zaskoczenie. Podchodziłem do tego piwa bardziej jak do ciekawostki, a dostałem jedno z najwyśmienitszych, jakie piłem. Nigdy się nie dowiem, czy bez takiego woltażu byłoby lepsze, jeszcze gładsze, czy może jednak nie aż tak złożone jak teraz - boleję nad tym. Wspaniałe piwo do cieszenia się przez cały wieczór (albo nawet - cały rok), absolutnie świetna rzecz. Czy warta swojej ceny? Za sam smak - chyba nie, bo są równie dobre, a tańsze, za samą oryginalność - też chyba nie, ale już za połączenie tych dwóch - chyba tak, i chętnie kupię drugą butelkę Pingwina, by zakopać ją w piwnicy na długie lata! A tymczasem dziękuję BrewDogowi za świetny korek, dzięki któremu będę mógł rozgrzać się tym piwem za parę miesięcy, gdy za oknem będzie biało i zimno, a ja być może będę mógł się już poszczycić czwartą setką recenzji.

czwartek, 9 stycznia 2014

BrewDog: Watt Dickie

Dzisiejsza degustacja będzie bardzo osobliwa. Skosztuję bowiem piwa tak mocnego, jakiego jeszcze nie piłem i najpewniej jednego z najmocniejszych w całym życiu. Jak dotąd moim rekordem pozostawało Tokyo* - również z BrewDoga - z zawartością alkoholu 18,2%. Podnoszę sobie osiągnięcia bardzo wysoko, bo Watt Dickie jest niemal dwukrotnie mocniejszy z aż 35%. Osobliwa będzie również najmniejsza, jaką w życiu spotkałem objętość butelki - zaledwie 60 mililitrów. Czy to jeszcze piwo, czy już bardziej spirytualia?

Informacje ogólne:
Piwo: Watt Dickie
Kraj: Wielka Brytania (Szkocja)
Hrabstwo: Aberdeenshire
Miasto: Ellon
Browar: BrewDog
Produkowane od: 2013
Styl: lodowe imperialne India Pale Ale
Alkohol: 35%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 60 ml

Opakowanie
Apteczna fiolka z żadnej strony nie przywodząca na myśl piwa, zapakowana w kartonik. Trzeba na wstępie pochwalić BrewDoga za zdecydowanie się na taką objętość - po pierwsze, można wypić piwo w całości, a jednocześnie się nie zalkoholizować, a po drugie dzięki temu nikt nie musi wydawać kilkuset złotych, żeby zetrzeć się z taką ciekawostką (choć nie da się ukryć, że nawet za ten maleńki flakonik dałoby się nabyć cztery-pięć półlitrowych, przepysznych piw z Pinty bądź AleBrowaru). Zawsze znakomite wrażenie robi również zapakowanie butelki w pudełko. Przyczepić się jednak trzeba do braku niemal jakiegokolwiek opisu piwa - dowiadujemy się tylko, że to piwo i jakie jest mocne. Szata graficzna również nie powala.
7,5/10

Barwa
Istotnie wyglądem przypomina jakiś mocny alkohol, brandy bądź bardzo ciemną whisky; ciemnobursztynowe, wpadające w miedź, bardzo klarowne, opalizujące; piękne. 
5/5

Piana
Wyłączona z oceny, nie ma prawa jej tu być. 
0/0

Zapach
W zapachu, o dziwo, bardzo przypomina imperialne India Pale Ale - objawia się to w owocowym aromacie, choć nie takim jak zwykle w tym stylu; jest to jakby zapach owoców użytych do produkcji nalewki; nie da się ukryć, że jest umiarkowanie przyjemny; na tyle intensywne, że najlepiej wypada wąchane z pewnej odległości - wsadzając nos do kieliszka dziwaczne owoce stają się zbyt agresywne, wprost nieprzyjemne, a do tego zaczyna gryźć nas alkohol - to jednak normalne przy takim woltażu, ogólnie zapach bardzo ciekawy, dość ładny, ale bez rewelacji. 
6/10

Smak
W smaku jest lepiej - spodziewałem się czegoś zupełnie z kosmosu, a smakuje jak to, czym jest, czyli ekstremalnie mocne imperialne IPA; jego nuty przemieszane z alkoholem dominują wszystko - na początek atakuje jakby bardzo skondensowany smak piwa, na przełyku zdecydowanie rządzi alkohol, a finisz przywraca znów nuty IPA i mocną goryczkę; bez wątpienia ukrywa alkohol lepiej niż przeciętne spirytualia; bardzo ciekawe i naprawdę smaczne, szlachetne. 
8,5/10

Tekstura
Brak wysycenia, co oczywiście nie jest tu wadą - tekstura jest jednak trochę za ciężka, zbyt oleista nawet po uwzględnieniu woltażu.
3,5/5

7.0/10

Wrażenia, jak można było się spodziewać, bardzo niezwykłe, znacznie bardziej niż przy Tokyo*. Czy to jeszcze piwo? Tak, tak sądzę, w końcu tak smakuje mimo towarzystwa ogromnej ilości mocy - ale jednocześnie to już twardy alkohol. A z drugiej strony ciężko mierzyć je zarówno miarą przeciętnego piwa, jak i przeciętnego twardego alkoholu - diametralnie różni się od jednego i drugiego. Zrobiło na mnie pozytywne wrażenie, ale sądzę, że tego typu trunki zawsze pozostaną w kategorii ciekawostek - nie da się tym cieszyć tak jak zwykłym piwem, a w klasie napojów bardzo mocnych musi coś takiego oddać prym innym destylatom, zwłaszcza że w tej samej cenie za (mili)litr można dostać już naprawdę znakomitej klasy whisky. Jeszcze raz naprawdę ogromne brawa dla BrewDoga za objętość butelki.