poniedziałek, 16 marca 2015

Doctor Brew (Bartek): Double IPA

Po ostatnich paru niezbyt ekscytujących piwach od Doctora Brew oraz dość jednoznacznie nieprzychylnych recenzjach barleywine i RISa (sam bowiem nie miałem okazji pić, jakoś przeczułem, żeby się nie napalać i sprawa mnie ominęła) wykreśliłem warunkowo tego kontraktowca z mojej niedługiej listy browarów, od których biorę i degustuję w ciemno każdą nowość. Nie mogłem jednak przepuścić tego piwa, gdy zobaczyłem, że znowu zawitało na sklepowe półki. Imperialne IPA to bowiem pod pewnym względem najbardziej pasujący do doktorów styl piwa jako najmocniej nastawiony na chmiel ze wszystkich. Pod innym względem nie do końca - mimo wszystko dopasowałbym do nich zwykłe AIPA, bo IIPA, jak mówi moje doświadczenie, łatwiej schrzanić. Odczucie chmielu jest w nim bowiem tak intensywne, że jeśli goryczka jest nieszlachetna, czy to przez nieodpowiednią kontrę słodową, czy przez coś innego, to piwo jest może nie skasowane, ale bez szans na duży sukces. W AIPA da się jeszcze przeżyć. Ale dość krakania, doktorzy parę razy pokazali, że z amerykańskim chmielem potrafią czynić rzeczy wielkie.

Informacje ogólne:
Piwo: Double IPA
Kraj: Polska 
Województwo: wielkopolskie
Miasto: Cieśle
Browar: Bartek (Doctor Brew)
Styl: imperialne India Pale Ale
Alkohol: 8%
Ekstrakt: 18%
Objętość: 500 ml
Warka: do 04.06.2015
Cena: brak danych

Opakowanie
Klasyczne opakowanie Doctora Brew, firmowego kapsla ciągle nie widać na horyzoncie (dziwi mnie to niezmiernie, akurat po tym kontraktowcu spodziewałbym się bardzo szybko wprowadzenia go). Opis z tyłu dalej bełkotliwy, ale już mniej grafomański, tutaj bardziej coś a la retoryka koncernów. Cascade i Amarillo między innymi wśród chmieli, jeśli miałbym wybrać swoje trzy ulubione, to chyba byłyby wśród nich te.
9/10

Barwa
Piękny, głęboki bursztyn, któremu przeszkadza trochę dość znaczne zmętnienie, ale i tak ładnie się prezentuje; po dolaniu drugiej porcji całkiem mętnieje. 
3,5/5

Piana
Obfita, dość gęsta, ładnie oblepia szkło, trwałość niezła, długo utrzymuje się gruby pierścień i solidne pozostałości w środku. 
3,5/5

Zapach
Zaczyna się od ładnego uderzenia amerykańskim chmielem, ale zanim zdąży się nawet poskładać myśli i dokładniej go określić, atakuje coś, co pachnie jak... połączenie diacetylu z DMSem, naprawdę mam wrażenie, że są tutaj obie te wady, na początku tylko diacetyl, a potem coraz mocniejszy DMS, który tłamsi jedyne sensowne w tym zapachu nuty mandarynkowe, w końcu zostaje sam DMS - całość nie jest aż tak odpychająca, jak można sobie to wyobrazić po tych słowach, ale zapach jest poza pierwszymi kilkunastoma sekundami tragiczny, zniechęcający do wzięcia pierwszego łyku. 
1/10
 
Smak
Jak można przypuszczać, jest dużo lepiej, ale wcale nie dobrze - wady znacznie się zmniejszają, ale nie usuwają, na pomoc przychodzi mocna, choć nie miażdżąca goryczka, która jednak też ma swoją wadę - jest po prostu nieszlachetna, łodygowa; do tego nieprzekonująca, landrynkowa jakby słodowość i tragedia się dopełnia - broni się natomiast finisz, na którym wreszcie wady odpuszczają, a goryczka stopniowo się uszlachetnia; z czasem również w ustach robi się akceptowalne, słodowość staje się przyjemniejsza, bardziej karmelowa, chmiel nabiera owocowego charakteru, a wady mocno odpuszczają i da się je pić z pewną przyjemnością, ale po pierwsze nieprzesadną, a po drugie złe wrażenie po pierwszych kilkunastu minutach picia pozostaje. 
3,5/10

Tekstura
Trochę za dużo gazu.
3,5/5

3.0/10  

Najgorsze piwo rzemieślnicze, jakie w życiu piłem, nieznacznie przebiło Duby Smalone z Peruna. Doktorzy chyba nie notują ostatnio za dobrej passy, oczywiście ich nie skreślam, ale zostałem mocno utwierdzony w postanowieniu, by nie brać od nich wszystkich nowych piw i ciężko będzie to postanowienie przełamać.

niedziela, 15 marca 2015

Mikkeller (De Proef): 10

Dopiero pierwsze w tym roku piwo Mikkellera - za długa była ta przerwa, ale w najbliższym czasie może być tu gęsto od piw duńskiego kontraktowca. Na początek 10, czyli dość mocna AIPA z dziesięcioma odmianami chmielu. Bohaterowie dzisiejszego spotkania to Warrior, Simcoe, Centennial, Cascade, Chinook, Amarillo, Nelson Sauvin, Nugget, Tomahawk i - dla odmiany - East Kent Golding.

Informacje ogólne:
Piwo: 10
Kraj: Belgia (warzone przez duński browar kontraktowy)
Prowincja: Flandria Wschodnia  
Miasto: Lochristi
Browar: De Proefbrouwerij (Mikkeller)
Styl: amerykańskie India Pale Ale
Alkohol: 6,9%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 330 ml
Warka: do 05.02.2016
Cena: brak danych

Opakowanie
Prosta, ale bardzo celna, tęczowa etykieta w dziesięciu różnych kolorach. Wyjątkowo Mikkeller wymienił dokładny skład. Jak zwykle goły kapsel z datą ważności.
8/10

 
Barwa
Bursztynowe, nawet odrobinę zmierza w kierunku miedzi, minimalnie zmętnione, ładne. 
3,5/5

Piana
Świetna, obfita i gęsta, długo się utrzymuje.
4,5/5

Zapach
Naturalnie całkowicie chmielowy, bardzo słodki, dominują owoce - nektarynki, mango i liczi, cytrusy bardziej w tle, jest również akcent ostrzejszy, żywiczno-przyprawowy, który nadaje trochę więcej charakteru - bardzo intensywny aromat, chmielowa esencja, ale "tylko" bardzo ładny. 
8/10

Smak
W smaku robi się dużo mniej owocowe, a bardziej żywiczne, wręcz lekko pikantne, mocna goryczka natomiast idzie w jeszcze inne, trawiaste raczej nuty - poza tym chmielowym koncertem jest też jednak miejsce na karmelowe posmaki słodu, przez co nie jest ekstremalne, jednocześnie intensywne i w jakimś sensie łagodne, lekkie; goryczka jest dość wysoka, ale ułożona, bardzo przyjemne piwo. 
8,5/10

Tekstura
Wypada najsłabiej, jest trochę za bardzo nagazowane.
3,5/5

7.5/10
 
Widząc dziesięć różnych odmian chmielu w składzie, można odruchowo spodziewać się genialnego piwa, ale oczywiście więcej nie znaczy w tym przypadku lepiej. 10 to bardzo dobre AIPA, ale nie wybitne, nie będzie mi się śniło po nocach. Spodziewałem się w ogóle bardzo ostrej chmielowości, a jednak jest tu zaskakująco dużo miejsca na słodowe nuty.

sobota, 14 marca 2015

Browar Stu Mostów: WRCLW Pils

Drugie piwo z wrocławskiego Browaru Stu Mostów, miejmy nadzieję, że trochę bliższe wybitności niż dobry i tylko dobry porter. Niekoniecznie będzie o to łatwo, bo styl, w którym raczej niełatwo uwarzyć piwo spektakularne - klasyczny pilzner (czy bardziej niemiecki czy czeski, trzeba będzie rozsądzić samemu). No, ale jeden z kilku najlepszych w smaku jasnych lagerów, jakie piłem w życiu, był uwarzony na Dolnym Śląsku (dwunastka z Sobótki), więc pozostaje mi gorąco wierzyć.

Informacje ogólne:
Piwo: WRCLW Pils
Kraj: Polska 
Województwo: dolnośląskie
Miasto: Wrocław
Browar: Browar Stu Mostów
Styl: pilzner
Alkohol: 5%
Ekstrakt: 12,5%
Objętość: 500 ml
Warka: do 02.04.2015
Cena: 7,20 zł

Opakowanie
Etykieta w identycznym stylu co na Salamandrze, poza tym że czerń, biel i żółć pozamieniały się ze sobą miejscami. A, no i co ciekawe inny kształt butelki.
9/10
 

Barwa
Jasnozłote, minimalnie zmętnione, trochę nudnawe gdyby nie bardzo bogato ulatujący gaz, ostatecznie całkiem ładne. 
3/5

Piana
Umiarkowanie obfita i tragicznie grubopęcherzykowa, z trwałością też najwyżej średnio, choć coś tam się trzyma przez kilkanaście minut. 
2/5

Zapach
Prosty zapach jasnego słodu o lekko mącznym charakterze, z nieznaczną nutą owocową i ziołowo-chmielową (coraz znaczniejszą), zaplątał się i diacetylowy akcent, ale zaraz zniknął - bardzo ładny, świeży aromat. 
7,5/10

Smak
Lepiej, bo nie dość że intensywniej, to do tej słodowości dochodzi chmiel w dość dużych, ale nie przesadzonych ilościach - w ustach bardzo dobrze komponuje się ze słodem, a na finiszu rozpościera prostą, ziołową, konkretną goryczkę, dość mocno odczuwalną, bo słód nie daje bardzo mocnej kontry, w efekcie mamy przykładnego, bo wytrawnego pilznera i świetne, rześkie, sesyjne piwo z charakterem. 
8,5/10

Tekstura
Dobre, spore wysycenie, które wybija pijącemu z głowy ewentualne myśli o wodnistości; mimo wszystko można by je trochę zmniejszyć.
4/5

7.0/10

No i to już jest konkret - jak na prostego jasnego lagera wynik może nie wybitny, ale świetny. A gdyby tak jeszcze aromat nadążył za smakiem...  tak czy inaczej spodziewam się dobrych rzeczy po Browarze Stu Mostów, jeszcze mnie na pewno nie zdobył, ale zaciekawił tymi dwoma piwami. No, może jednak tylko drugim.

czwartek, 12 marca 2015

Browar Stu Mostów: Salamander Wheat Porter

Wybuchłem radością na wieść, że Wrocław będzie miał w końcu browar z rozmachem. Spiż to przyjemny przybytek, ale (jak sporo polskich browarów restauracyjnych) umiarkowanie ciekawy, konserwatywny, bez najmniejszych zapędów rewolucyjnych czy transgresywnych, przy tym w tej swojej konserwie daleki od wybitności, poza tym nie butelkują no i w końcu to jakby nie patrzeć sieciówka, więc nie taki czysto wrocławski browar. Ostatecznie praktycznie nigdy tam nie zachodzę, wolę ruszyć do sklepu albo multitapu i wypić piwo uwarzone w innych miastach. W Browarze Stu Mostów (jeszcze nie byłem i wstyd mi bardzo) też nie będę częściej niż sporadycznie, bo jest niemal na drugim końcu miasta, ale fakt jego istnienia bardzo mnie cieszy. Tym bardziej, że gdy już ruszył pełną parą, recenzje podzieliły się na pozytywne i... ekstremalnie pozytywne. Przedsięwzięcie, podobno, potwornie profesjonalne, a jednocześnie z polotem. Czas to sprawdzić. Zacznę od jednej z wielu wersji piwa Salamander - pod tą nazwą, a może raczej marką, będzie warzonych kilka (albo i dużo więcej) różnych piw w mniej lub bardziej nowofalowych stylach. Ja trafiłem na wheat porter, czyli w tym wypadku pszeniczny brown porter. Płonę z ciekawości, pierwszy raz oceniam piwo uwarzone w mieście mojego (przynajmniej dotychczasowego) życia!

Informacje ogólne:
Piwo: Salamander Wheat Porter
Kraj: Polska  
Województwo: dolnośląskie
Miasto: Wrocław
Browar: Browar Stu Mostów
Styl: pszeniczny brown porter
Alkohol: 4,8%
Ekstrakt: 13%
Objętość: 500 ml
Warka: do 02.04.2015
Cena: 7,85 zł

Opakowanie
Etykiety mają raczej proste, bez graficznych uniesień, ale tkwi geniusz w tej prostocie, są niezwykle estetyczne i czytelne. Jest IBU, jest i rubryczka "parametry", gdzie producenci określają poziom "pełni/słodowości", "odczucia goryczki" oraz barwę. Do tego rzeczowy, świetny opis. Zabrakło tylko dokładnego składu. Goły kapsel do wybaczenia. Czuć ten zachwalany profesjonalizm już na etykiecie. 
9/10
 
Barwa
Czarne, acz z wyraźnymi, ciemnobrązowymi i rubinowymi prześwitami pod mocnym światłem, mogłyby być nieco śmielsze, ale i tak ładne. 
3,5/5

Piana
W miarę obfita, w miarę gęsta, ale niezbyt trwała, po parunastu minutach pozostaje tylko cienki pierścień - zostawia za to chociaż ładny wzór na szkle. 
2/5

Zapach
Dominują nuty zbożowe i palone, do tego szczypta jakby kwiatów, ładny, ale zdecydowanie za mało intensywny. 
6,5/10

Smak
W smaku bardziej wyraziste, dość wytrawne, dalej dużo zbożowości i nut palonych, co daje wrażenie mocno kawowe; zahacza też lekko o rejony mlecznoczekoladowe i mleczne, ale mimo niskiej goryczki słodyczy w nim raczej niewiele; czuć rolę pszenicy, która nadała mu bardzo dużej lekkości, przez co jest cudownie pijalne; świetne, sesyjne piwo z długim, palonym finiszem, choć może bez uniesień. 
8/10

Tekstura
O dwa stopnie za wysokie wysycenie.
4/5

6.5/10

Pierwsze koty za płoty. Dobre piwo "stołowe" oparte na niezłym pomyśle, ale nie zachwyciło mnie ani na moment. W gruncie rzeczy, wśród zasypu nowości oferowanych przez rzemieślników zupełnie przepada. Oby dalej było tylko lepiej, jest to lekkie rozczarowanie.

środa, 11 marca 2015

Mały Kurek (Słociak): Belgijska Kura

Kolejny kontraktowiec, a że małżeństwo i to w dodatku z Wrocławia (mam słabość do browarów założonych przez małżeństwa), to postanowiłem dać mu szansę od razu, bez zastanowienia. Nikt prawie nie porywa się też od razu na belgijskie style - na witbiera to jeszcze, ale dubbel to trudny styl i ciekaw jestem, jak wyszedł. Jeśli dobrze, to można będzie zwrócić uwagę na niską jak na ten styl cenę.

Informacje ogólne:
Piwo: Belgijska Kura
Kraj: Polska  
Województwo: opolskie
Miasto: Sławice
Browar: Słociak (Mały Kurek)
Styl: dubbel
Alkohol: 7%
Ekstrakt: 15,5%
Objętość: 500 ml
Warka: do 17.03.2015
Cena: 7,15 zł

Opakowanie
Etykieta graficznie średnio mnie zdobywa, chociaż jest w porządku. Opis-historyjka natomiast bardzo, bardzo zły, a la Doctor Brew. Punktują za to dokładnym składem. Kapsel goły, ciężko na tym etapie oczekiwać innego.
7/10
 
Barwa
Ciemne złoto, przez mocne zmętnienie przechodzące w bursztyn, kompletnie bez światła można je nawet nazwać brązowym, ale generalnie za jasne trochę jak na styl, mimo że dość ładne. 
3/5

Piana
Średnia, umiarkowanie obfita, niespecjalnie gęsta, niezbyt trwała, chociaż konkretny pierścień i jakieś resztki utrzymują się dość długo. 
2/5

Zapach
Bardzo przyprawowy, ale niekoniecznie przyprawowy na modłę belgijską - bardziej jakbym wąchał pumpkin ale niemalże przez spore ilości goździków i gałki muszkatołowej, również kolendra zdaje się gdzieś tam pałętać - dziwaczny dość, ale nie powiem, że nieprzyjemny aromat, z czasem prostuje się w stronę belgijskiej drożdżowości i jest naprawdę fajnie, choć trochę jednowymiarowo. 
7/10

Smak
Dużo bardziej belgijsko, ekstremalnie fenolowo, przyprawowo, nie jest to zły efekt, przyjemny, ale trochę jednowymiarowy smak - dopiero na finiszu pojawiają się ciekawe akcenty biszkoptowe i chlebowe; innym problemem jest to, że jest cholernie ciężkie jak na swoją moc, zbyt alkoholowe, ostatecznie dostajemy trunek tylko solidny. 
6/10

Tekstura
Do ciężkości rękę mocno przykłada znacznie za duże wysycenie, wręcz tragicznie wysokie.
0,5/5

5.0/10

Dziwne piwo, w miarę przyzwoite, ale na pewno nie jak na sektor rzemieślniczy. W ogóle wśród nielicznych opinii o nim (wyszło w bardzo małej ilości), napotkałem na parę skrajnie różnych - ktoś narzekał na kompletny brak fenoli, ktoś na kompletny brak gazu, ktoś na diacetyl - no cóż, ja narzekam na przesycenie fenolami i gazem. Wątpię, żebym prędko dał drugą szansę Małemu Kurkowi.

wtorek, 10 marca 2015

Esencjonalne Top 10

Niekiedy - w szczególności przy skrajnych ocenach smaku i zapachu, zarówno skrajnie dobrych, jak i skrajnie złych - kolor, piana i opakowanie piwa przestają nas obchodzić. Cóż z tego, że pieni się jak szalone i opakowane jest w szampańską butelkę z wymyślną etykietą, jeśli nie nadaje się do spożycia - i cóż, że piany nie ma wcale, a butelka jest brzydka jak noc, jeśli każdy kolejny łyk sprawia, że zapominamy o całym świecie? Takie pytania zadawałem sobie przy paru degustacjach, wprowadziłem alternatywny, "esencjonalny" system oceniania (szczegóły tutaj) i w efekcie musiałem skonstruować również alternatywne Top 10, dziesięć najlepszych piw mojego życia. W tym rankingu liczy się wyłącznie ocena zapachu, smaku i tekstury. Tak się złożyło, że w ten sposób przyznając ocenę, w najlepszej dziesiątce znajdują się obecnie wyłącznie piwa, które uzyskały maksymalną ocenę za smak - walka pomiędzy nimi toczy się więc w zasadzie na polu zapachu i tekstury. Co mnie całkiem cieszy, na chwilę obecną występuje tu duża różnorodność stylów - choć zdarzają się style z tych samych "rodzin", żaden konkretny się nie powtarza! Kolejność piw z identyczną oceną jest alfabetyczna (nie licząc numeru jeden, który jest definitywnie najlepszym piwem, jakie w życiu piłem). Oceny są zaokrąglone. Miejsc jest teoretycznie dziesięć, ale z racji podobieństwa ocen piw może być więcej (obecnie ósmą pozycję okupują cztery piwa z taką samą oceną, więc jest ich w sumie jedenaście). Ranking będzie przypięty na górze bloga i na bieżąco aktualizowany.


8/9/10d. Brouwerij Bosteels: Tripel Karmeliet

Po to piwo z całej dziesiątki sięgnąłem w życiu najwcześniej, na długo przed rozpoczęciem działalności bloga. To jedno z moich dwóch (drugim jest Gulden Draak) ukochanych piw belgijskich, które przez długi czas uznawałem za absolutnie najlepsze we wszechświecie (trochę z niedoświadczenia i nieświadomości potencjału piwa) i które ugruntowały pozycję Belgii w moim spojrzeniu na świat tego napoju - do dziś, mimo cudów oferowanych zza małej (UK) i wielkiej (US) wody, ciągle nie mogę przestać postrzegać jej za krainę, w której piwowarstwo wspina się na najwyższe szczyty. Ale co do samego piwa - jest to pewien policzek dla trapistów, bo lepszego tripla na razie nie uświadczyłem nigdzie, również u nich (nie jestem w tym odosobniony, trunek ów jest triplem numer jeden w rankingu ratebeer.com). Mocne (8,4%), a orzeźwia jak grodziskie; lekkie, a natężeniem smaku dorównuje stoutom imperialnym. Krótko mówiąc znakomite piwo na każdą okazję. Jest też bardzo przystępne w przeciwieństwie do niejednego piwa z tego rankingu - sam zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia, będąc jeszcze niemal kompletnym laikiem, któremu byle niedosładzany lambik z Lindemans wykręcał kubki smakowe i nie dawał zasnąć. Warto więc być może zaczynać od niego edukację znajomych, którzy do tej pory nie pili nic lepszego od Perły, Ciechana Miodowego, Raciborskiego czy nawet Paulanera. Za ciekawostkę niech posłuży fakt użycia trzech zbóż - słodu jęczmiennego, pszenicy i owsa. Piwo raz jest, a raz go nie ma - nie tylko w sklepach specjalistycznych, potrafi się też pojawić w Almie czy Piotrze i Pawle, ale raczej rzadko w porównaniu z niektórymi innymi Belgami (czasem do dostania w pięknej, dużej butelce z korkiem). W tym rankingu jest niejako ostoją piw jasnych, to znaczy jaśniejszych niż bursztynowych.


8/9/10c. Alaskan Brewing: Smoked Porter

"Porter wędzony warzony w browarze na Alasce" samo w sobie brzmi już intrygująco, ale efekt przeszedł moje oczekiwania. A były spore, bo piwo jest dość osławione i w Polsce uchodzi wręcz za artefakt, bo jest raczej kiepsko osiągalne. Alaskan Brewing warzy je tylko raz w roku i wypuszcza w ograniczonej ilości - każda warka jest opatrzona rocznikiem, mi trafiło się piwo z 2012 - ponad dwuletnie - i było wyśmienite. Browar podaje zresztą kilkunastoletni okres ważności, co zaskakuje przy zaledwie 6,5% alkoholu, ale jest uzasadnione (piwa wędzone zawierają swoje specyficzne fenole, które pełnią rolę konserwującą) i podwyższa magię piwa. Niebywale wyraziste, choć pije się szybko i lekko, stanowi doskonały splot chmielowej goryczki, kawowo-czekoladowej słodyczy ciemnego słodu oraz wręcz słonej, bardzo intensywnej wędzonki. Raczej nie powinno się od niego zaczynać przygody z piwami wędzonymi, może być trochę zbyt intensywne, a to nie pozwoli w pełni go docenić - dla każdego miłośnika tego gatunku jednak będzie to wspaniałe przeżycie. Tak jak mówiłem, dostępność jest niestety bardzo kiepska, choć nie tragiczna i trzeba się liczyć z ceną ok. 40 zł za 0,65 litra, ale jeśli tylko zobaczę znowu na półce, to zgarnę z niej tyle, ile uniosę (choć wątpliwe, by trafiło się więcej niż jedno) i pobawię z leżakowaniem tego niesamowitego trunku. Piwo wędzone numer trzy wszech czasów według średnich ocen na ratebeer.com.


8/9/10b. Carlow Brewing & Pinta: Lublin To Dublin

Jedyny w rankingu polski akcent, a dokładniej irlandzko-polski. Na początku 2014 roku po raz pierwszy polskiemu browarowi rzemieślniczemu udało się uwarzyć kolaboracyjne piwo z zagranicznym podmiotem - po stronie polskiej wystąpiła oczywiście pionierska Pinta, po drugiej irlandzkie Carlow Brewing (na którego terenie piwo powstało). Na styl wzięto stout - różnie to było na początku, ale skończyło się na stoucie owsianym. O piwie było głośno, ale chyba bardziej przez tę otoczkę niż przez walory smakowe, a mnie niesamowicie zdobyło właśnie na tym polu. Wcześniej piłem już dwa stouty z Carlow i były rewelacyjne, więc oczekiwania miałem spore, ale i tak efekt je przerósł. Uwielbiam wszystkie style piwne, nie spotkałem i już nie spotkam raczej takiego, od którego bym stronił (wyjątkiem jest international/eurolager, ale wolę postrzegać go jako nieudanego jasnego lagera, a nie pełnoprawny styl). Są jednak naturalnie takie, które uwielbiam trochę bardziej. Ciężko mi wskazać coś mocno zawężonego, ale jeśli chodzi o całe rodziny stylów (takie, wedle których grupuję tagi), to walka toczyłaby się bez wątpienia między stoutami a belgijskimi ale'ami - przy czym walka to trochę niesprawiedliwa, bo to drugie określenie obejmuje większą i znacznie bardziej różnorodną grupę gatunków - stoutom należy się więc podwójny aplauz za znalezienie się na szczycie. A mówię o tym dlatego, że w tym kolaboracyjnym produkcie odnalazłem kwintesencję stoutu. Nie piłem niczego bardziej reprezentatywnego dla tej grupy piw. Lublin to Dublin zawierał wszystko, co w poszczególnych stoutach najlepsze: lekkość i pijalność dry stoutów, pełnię palonego smaku Foreign Extra Stoutów, kremową słodycz stoutów mlecznych, solidną, chmielową goryczkę stoutów amerykańskich, złożoność stoutów imperialnych i w końcu przyjemną aksamitność stoutu owsianego, którym jest. Jako że Pinta od dłuższego już czasu pojawia się nie tylko w sklepach specjalistycznych, to można na to piwo trafić w przeróżnych miejscach - najlepiej jednak skierować się do tego pierwszego. Przyszłość tego piwa, w tym częstotliwość warzenia, pozostaje jednak na razie zagadką z oczywistych względów. Póki co nie jest źle - na jednej warce się nie skończyło, oby nie kończyło się w ogóle.


8/9/10a. Meantime Brewery: Chocolate Porter

Piwo stosunkowo niepozorne w porównaniu z pozostałymi w tym rankingu - ot, porter gdzieś na granicy bałtyckiego i robust porteru z dodatkiem czekolady z londyńskiego browaru rzemieślniczego, niespecjalnie popularny ani też przesadnie entuzjastycznie przyjmowany przez innych oceniających (co prawda piłem go w czasach, gdy takie dodatki budziły jeszcze przynajmniej w Polsce ekscytację lub zdziwienie, obecnie przechodzą już do porządku dziennego, a ostatnio wręcz hurtowo wrzucane są do powstającego piwa), bez większej historii. Mnie jednak wyjątkowo zachwycił - a nawet nie jestem fanem czekolady i zwykle po dwóch-trzech kostkach mam dość, jeśli w ogóle po nie sięgnę. Połączenie porteru, który sam w sobie już często dostarcza dużo czekoladowych wrażeń, z subtelnym dodatkiem czekolady dało wspaniały wynik - dodatek pełni rolę wspomagającą, podkręcającą wrażenia, ale w żadnym razie nie dominującą, nie ma mowy o przesłodzeniu czy zbytnim przykryciu typowo piwnych walorów. Sprawił, że od tamtej pory kupuję każde piwo z Meantime, jakie zobaczę, niestety przez prawie dwa lata udało mi się zdobyć tylko dwa inne - ostatnio je jednak widziałem po raz pierwszy od dłuższego czasu, więc czasem się je na pewno da kupić w sklepach specjalistycznych.


7. BrewDog: #Mashtag (2013)

Po Porterze z Meantime to kolejne nieco niepozorne piwo, które na ogół nie zbierało aż tak wysokich not jak ode mnie. Ma jednak nieco ciekawszą historię - w 2013 roku BrewDog postanowił bowiem oddać inicjatywę swoim fanom i pozwolić im wyłonić (spośród pewnej puli opcji) recepturę w głosowaniu na Twitterze (stąd nazwa) - dziś już w Polsce dość często browary podejmują taką interakcję z konsumentami, choć jeszcze nie na Twitterze, ale wtedy było to coś niesztampowego. Stanęło na dość mocnym amerykańskim brown ale z dodatkiem wiórek dębowych i orzechów laskowych. Dla mnie był to strzał w dziesiątkę. Niestety prawie na pewno już nigdy tego piwa nie wypiję - BrewDog postanowił co roku wypuszczać nowego #Mashtaga, ale co roku z inną, wybieraną na nowo przez fanów recepturą. Ten pionierski nie spotkał się chyba z aż takim entuzjazmem, by BrewDog, zalewający rynek nowościami, chciał do niego wracać. A szkoda - na dzień publikacji tego rankingu wypiłem już 58 różnych piw od Szkotów i z tych uwarzonych bez współpracy z innym browarem żadne mi w równym stopniu nie dogodziło. I akurat ono się już nie powtórzy, jak pech to pech.



4/5/6c. Birrificio Baladin: Riserva Teo Musso 2010 - Terre

Degustacja tego piwa była być może największym przeżyciem, jakie w związku z degustacją piwa doznałem przed degustacją numeru jeden na tej liście (może poza pierwszym wyjściem z krainy international lagerów). Nie sądzę bowiem, bym do tamtej chwili pił albo nawet jadł kiedyś coś bardziej złożonego w smaku (smaczniejszego - być może). To wymyślone przez słynnego Włocha Teo Musso (współwynalazcę kieliszka Teku), leżakowane w beczkach po włoskim winie czerwonym barleywine intensywnością i bogactwem niesionych przez siebie doznań doprowadzić może do prawdziwego uniesienia. Wziąłem je też za ostateczny dowód na to, że najwyższej klasy piwo nie ustępuje najwyższej klasy winu, whisky czy brandy. Rozkoszny finisz utrzymywał się w moich ustach - zupełnie wyraziście - jeszcze godzinę po zakończeniu degustacji. W tym rankingu to bez znaczenia, ale było to jednocześnie najpiękniej zapakowane piwo, jakie spotkałem. Rocznik w nazwie mówi niestety jasno - dokładnie takiego piwa już w życiu nie spróbuję, ale na następne roczniki będę uparcie polował. Poza sklepami specjalistycznymi - i to tymi pierwszej wody - na pewno go nie dostaniemy. Trzeba się ponadto liczyć z wydaniem około stu złotych na tę przyjemność, co jednak, patrząc na bogactwo jego smaku i ceny wybitnych win oraz single maltów - które podobne bogactwo oferują - dziwić ni oburzać nie powinno.


4/5/6b. BrewDog & Mikkeller: I Hardcore You

To kolejne piwo kolaboracyjne, ale w zdecydowanie odmiennym sensie niż Lublin to Dublin. Mikkeller i BrewDog nie uwarzyły razem piwa, a... zmieszały ze sobą dwa już uwarzone i będące w sprzedaży imperialne India Pale Ale. Proceder jest to w piwowarstwie bardzo rzadki - jak dotąd piłem w życiu tylko dwa takie blendy, drugi zresztą również z BrewDoga i Mikkellera. Szkoci dali od siebie swoje Hardcore IPA (które, co ciekawe, piłem i nie zrobiło na mnie jak na ten styl zbyt dużego wrażenia), a Duńczycy I Beat You. Na zmieszaniu się nie skończyło, ale i wiele już nie dodano - piwo zostało jeszcze tylko dochmielone na zimno. Efektem okazało się coś, co postrzegam jako idealne w smaku i zapachu imperialne IPA (naprawdę nie wyobrażam sobie, by wejść tym stylem na wyższy poziom), w moim odczuciu wizytówkę piwowarstwa rewolucyjnego i w końcu gigantyczny pomnik, zbudowany w hołdzie dla amerykańskiego chmielu. Na stronie BrewDoga w broszurze tego piwa znajduje się informacja o limitowanym czasie jego dostępności - mam nadzieję, że po prostu myśleli, że tak będzie, kiedy po raz pierwszy je stworzyli w 2010 roku i zapomnieli usunąć tę wzmiankę. Póki co piwo pojawia się co jakiś czas na półkach sklepów specjalistycznych. Miejmy nadzieję, że BrewDog się nie pokłóci z Mikkellerem.


4/5/6a. Brauerei Heller: Aecht Schlenkerla Rauchbier Urbock

Bamberski browar Heller, praktycznie pod tą nazwą nieznany, bo utożsamiany z przyległą do niego piwiarnią o dużo bardziej rozpoznawalnej nazwie Schlenkerla, to wraz z ową piwiarnią Mekka, Watykan i Eldorado piw wędzonych. Niekwestionowana stolica tego typu piwa, bo nie tylko tutaj się to genialne szaleństwo dymu zaczęło, ale też do dziś ten przybytek warzy wyznaczniki stylu, oferując wędzonki pierwszorzędnej jakości, na których można się chyba tylko wzorować, a nie próbować przebić. Żeby nie być gołosłownym - w rankingu wędzonek na ratebeer.com w pierwszej dziesiątce są trzy Schlenkerle, w tym Fastenbier na miejscu pierwszym. Tego pierwszego akurat nie miałem okazji kosztować, natomiast piwo okupujące miejsce piąte - koźlak wędzony - to najdoskonalsza wędzonka spośród całkiem wielu, które piłem i jak widać jedno z kilku piw mojego życia. Nawet jeśli idea nas nie pociąga, wypada go chociaż raz spróbować, bo jest dość łatwo dostępne i kultowe, a stosunek jakości do ceny jest cokolwiek genialny. A jak się zakochamy, to spróbować odwiedzić Bamberg i samą Schlenkerlę, piękne miasto i piękna piwiarnia.


2/3b. Bières de Chimay: Chimay Bleue

Niebieskie Chimay to trunek, który zna każdy szanujący się miłośnik piwa z pewnym podstawowym doświadczeniem. To jeszcze jedno piwo belgijskie, ale już ikona wagi ciężkiej - jedno z najbardziej kultowych piw z tego kraju i w ogóle na całym świecie, bez zawahania stwierdzę, że z prezentowanego rankingu najbardziej rozpoznawalne. Kwintesencja tej sfery piwowarstwa, która fascynuje mnie chyba najbardziej - piwowarstwa trapistów; kwintesencja obszernej rodziny belgijskich ale. Cóż tu dużo pisać, to trzeba spróbować - doskonały aromat, smak, a nawet tekstura. Szczęśliwie jest to najlepiej dostępne piwo z tej dziesiątki - jest chyba stałym wyposażeniem Piotra i Pawła czy innych delikatesów, o sklepach specjalistycznych nie wspominając. Naprawdę przy jego dostępności grzechem byłoby go nie zaliczyć, chociaż może nie tak na samym starcie przygody z piwem - lepiej nie polecać go od razu, mimo że tak łatwo je kupić, bo moim zdaniem potrzeba chociaż trochę doświadczenia, żeby je w pełni docenić (ale też bez przesady - nie jest w żaden sposób ekstremalne, poza tym że ekstremalnie dobre i złożone).


2/3a. Port Brewing Company: Board Meeting

Piwo, które sprawiło, że musiałem zacząć traktować Stany Zjednoczone jako poważnego kandydata na najlepszy piwny kraj na świecie. Do tej pory USA mnie nie zachwycało na miarę swojej renomy wśród beer geeków, ale w końcu nadszedł ten moment. To imperialne amerykańskie brązowe ale z dodatkiem kawy i ziaren kakaa. Efekt smakowy to w zasadzie doskonałość, a że również pozostałe parametry były na znakomitym poziomie, to ląduje tak wysoko zaraz obok Chimay Bleue.  Na pierwszy rzut oka można posądzić Port Brewing o tworzenie wariacji na temat stoutu imperialnego i nazywanie go wymyślną nazwą stylu, ale to nie to - piwo naprawdę jest brązowym ale, tylko po prostu mocniejszym, potężniejszym, cięższym. Niesamowita rewia wszelkich nut melanoidynowych, doskonały balans słodyczy i goryczki, naprawdę niezwykle wysoka ilość różnych wyczuwalnych smaków i zapachów; być może pod względem zapachu, smaku i tekstury lepszego brown ale w życiu już nie wypiję, a i o równie dobre będzie bardzo, bardzo ciężko. Przy niebywałej intensywności doznań, jakie niesie, nie jest też przesadnie wymagające, więc można dać je komuś niedoświadczonemu. A skąd je wziąć? Wyłącznie ze sklepów specjalistycznych i to raczej tych wysokich lotów. Na szczęście Port Brewing ma je w swojej ofercie całorocznej, nie ma więc raczej obawy, że w najbliższym czasie nie będzie żadnej możliwości dostania go w Polsce.


1. Mikkeller (Lervig Aktiebryggeri): Beer Geek Brunch Weasel

Czy można uwarzyć piwo tak wspaniałe, by wrażenia z jego degustacji z cielesnych przerodziły się w... mentalne? Nie wiem, ale jeden, jedyny raz w życiu co najmniej wydawało mi się, że czegoś takiego doznałem. Smak tego piwa był tak genialny, że chyba przerósł moje zdolności percepcyjne, mój mózg jakby nie był przygotowany na odkrycie, że jakakolwiek spożywcza czy niespożywcza rzecz może wyrządzić prostemu człowiekowi coś TAKIEGO za pomocą połączonych zmysłów węchu i smaku. Jest to owsiany stout imperialny z dodatkiem kawy, uwarzony przez ikonę (chyba) numer jeden europejskiego piwowarstwa rzemieślniczego, duńskiego Mikkellera, ale nie w belgijskim De Proefbrouwerij, jak większość ich piw, a norweskim Lervig Aktiebryggeri. Nie jadłem ani nie piłem w życiu nic lepszego i kto wie, czy kiedyś to w ogóle nastąpi. Niekwestionowany numer jeden, być może nie tylko dla mnie, bo w ogólnym rankingu ratebeer.com zajmuje dwudzieste piąte miejsce. Nie radzę jednak się na nie rzucać na bardzo wczesnym etapie poznawania piwa, jest zbyt intensywne, w tej intensywności ekstremalne, warto przed spróbowaniem go trochę już zebrać doświadczenia, sprawdzić, czy w ogóle lubi się stouty imperialne, nie spieszyć się, żeby w pełni docenić. Pojawia się regularnie w dobrych sklepach specjalistycznych. Przy cenie 25-30 zł uważam je za posiadające najlepszy stosunek jakości do ceny w całym tym rankingu, to naprawdę są drobne za takie doznania, byle podstawowe single malty zaczynają się od dwa razy wyższej ceny za mililitr, importowane RISy też raczej nie bywają tańsze.

poniedziałek, 9 marca 2015

Belhaven (Greene King): Scottish Ale

W końcu udało mi się znaleźć długo poszukiwane piwo z "młodości", jedno z pierwszych kilku niesztampowych piw, jakie w życiu udało mi się wypić. Szukałem go tak długo być może dlatego, że, jak się okazuje, zmieniło rozmiar butelki i etykietę. Przede mną być może najpopularniejsze tradycyjne szkockie ale na świecie z browaru Belhaven. Niedawno pite St. Andrews Ale w tym samym stylu z tego browaru byłoby świetnym piwem, gdyby nie ewidentny metal, może tu go nie ma i będzie świetnie.

Informacje ogólne: 
Piwo: Scottish Ale
Kraj: Wielka Brytania (Szkocja)
Hrabstwo: East Lothian
Miasto: Dunbar
Browar: Belhaven (Greene King)
Styl: Scottish Export
Alkohol: 5,2%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 500 ml
Warka: do 06.2015
Cena: brak danych

Opakowanie
Zapamiętałem to piwo nie tylko ze względu na smak, ale i piękną, przezroczystą butelkę, odzianą w gustowną etykietę. Nie wiem, czy teraz nie jest jeszcze lepiej - poszli w innym, nowoczesnym kierunku, ale dalej jest bardzo ładnie i z klasą, a przy tym bez przepychu, swojsko, w dodatku na kontrze bardzo konkretny opis, w którym wymieniają nawet konkretne słody i chmiele. No i kapsel wreszcie firmowy. 
9/10

Barwa
Piękny, ciemny bursztyn, lekko wpadający w jasną miedź, w połączeniu z całkowitą klarownością i dynamicznie ulatującym gazem jest to wygląd przepiękny. 
5/5

Piana
W miarę obfita, ale niezbyt gęsta ani też trwała, dziesięć minut i pozostaje jedynie mało imponujący pierścień. 
2/5

Zapach
Bardzo ładne połączenie jakby ziemistej słodowości, karmelu i sporej ilości ale'owych estrów - jabłek, gruszek i innych owoców; prosty i odrobinę mało intensywny, ale bardzo przyjemny. 
7/10

Smak
Podobnie, ale bardziej wyraziście - dość słodko, w dalszym ciągu sporo owoców, które tutaj łączą się z podwyższoną dawką karmelu w przyjemną słodycz, jaka znajduje kontrę w ziemistości i niedużej dawce chmielu, poza tym wchodzą też ciekawe nuty drewna, przypominające coś w rodzaju starej szafy; nie udało się uniknąć lekkiej metaliczności, ale tym razem na szczęście zniknęła już po paru łykach; poza tym jednak bardzo smaczne piwo z zaskakująco intensywnym, karmelowym finiszem, chociaż trochę za słodkie. 
7,5/10

Tekstura
Trochę za wysokie wysycenie, ale na bardzo dobrym poziomie.
4/5

6.5/10

Tym razem obyło się bez mocnej metaliczności (choć lekka była), ale też piwo zrobiło na mnie słabsze wrażenie niż St. Andrews Ale, za dużo owocowej słodyczy, słód nie rozwinął skrzydeł. Zostało mi jeszcze do zrecenzowania wee heavy z tego browaru, może połączy zalety obu piw w jedno świetne.

środa, 4 marca 2015

Pinta (Zarzecze): Hopus Pokus

Gdy Pinta ogłosiła, że warzy ciemne IPA, sam byłem zaskoczony, że jeszcze nie wzięli tego jakże popularnego stylu na warsztat (poza żytnim BIPA, ale to jednak istotne urozmaicenie). No i szczęśliwy - to jeden z moich ulubionych gatunków, a Pinta to jeden z moich ulubionych browarów. Ciężko będzie o pierwsze miejsce, pozycja Black Rocks z Buxton i Black IPA z Doctora Brew jest bardzo mocno ugruntowana, ale Pinta to Pinta, mam duże oczekiwania.

Informacje ogólne:
Piwo: Hopus Pokus
Kraj: Polska    
Województwo: śląskie
Miasto: Zarzecze
Browar: Zarzecze (Pinta)
Styl: ciemne India Pale Ale 
Alkohol: 6,3%
Ekstrakt: 16,5%
Objętość: 500 ml
Warka: do 13.07.2015
Cena: 7,60 zł

Opakowanie
Fajna etykieta, choć można byłoby ten pomysł wykorzystać trochę lepiej. Chmielenie jest nie tylko amerykańskie, na goryczkę poszedł również polski chmiel Magnum. 
9/10

 
Barwa
Pozornie czarne, pod światłem mieni się najróżniejszymi przebłyskami brązowymi i ciemnomiedzianymi, piękny i wzorowy wygląd. 
5/5

Piana
Wspaniała, kremowa, bardzo obfita, ekstremalnie gęsta i od początku bogato oblepiająca szkło, utrzymująca sporą warstwę do samego końca, doskonała, naprawdę nie da się więcej wymagać. 
5/5

Zapach
W aromacie chmiel amerykański ciągnie trochę w kierunku cytrusów, a trochę w stronę nut żywicznych, bardziej w stronę tych drugich, na dalekim tle dokładając jeszcze subtelny akcent palony  - piękny, świeży zapach, mógłby być odrobinę bardziej intensywny. 
8,5/10
Smak
Tu dość podobnie, choć są pewne różnice - owoce raczej się usuwają w cień na rzecz żywicy i zwiększa się rola ciemnego słodu, który dostarcza przyjemnej, lekko czekoladowej kontry dla chmielu, pojawia się też lekka kwaskowatość, ale w normie; goryczka jest nieprzesadzona, właściwie nie obraziłbym się na trochę wyższą, przy tym bardzo szlachetna; wyśmienite, niezwykle pijalne piwo. 
9/10

Tekstura
Nie mam zarzutów, w ogóle nie zwraca na siebie uwagi.
5/5

8.5/10

Topowe BIPA, ale jeszcze zdecydowanie nie poziom Doctora Brew i Buxton Brewery. W moim rankingu wskakuje na trzecie miejsce na trzynaście, minimalnie wyprzedzając Libertine Black Ale z BrewDoga. Świetnie Pinta weszła w nowy rok, to jedno z okołu pięciu ich najlepszych piw, jakie piłem, a piłem już trzydzieści pięć. Byle tak dalej.