sobota, 12 kwietnia 2014

Mikkeller (De Proef): Cream Ale

Drugie piwo z Mikkellera dostarcza mi pierwszego spotkania z mało popularnym stylem cream ale. Mało popularnym, bo choć ma wielu przedstawicieli, to niewielu z nich jest globalnie dostępnych. Zerkając na ranking tego stylu na ratebeerze, nie jest to też gatunek budzący większe emocje, bo najlepiej oceniony egzemplarz nie jest oceniony na ocenę szczególnie wysoką. Tym egzemplarzem jest nawiasem mówiąc właśnie Cream Ale z Mikkellera, pomijając jakąś bardzo nietypową, bo zawierającą dwanaście procent alkoholu, nie mającą wiele ocen z niejakiego Carton Brewing.

Informacje ogólne:
Piwo: Cream Ale
Kraj: Belgia (warzone przez duński browar kontraktowy)
Prowincja: Flandria Wschodnia
Miasto: Lochristi
Browar: De Proefbrouwerij (Mikkeller)
Produkowane od: 2009
Styl: cream ale
Alkohol: 4,9%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 330 ml

Opakowanie
Dość nijaka etykieta, w porządku, ale nie wzbudza w zasadzie żadnych emocji - ratuje ją podanie dokładnego składu. Kapsel standardowo goły, zero jakiegokolwiek opisu piwa, tym razem chociaż podano miejsce uwarzenia.
7/10


Barwa
Bardzo jasne, jasnozłoto-słomkowe, pod odpowiednim światłem wygląda wprost cytrynowo - na początku lekko zmętnione, po nalaniu całości niemal totalnie, bardzo sympatyczne.
4/5

Piana
Bardzo obfita i bezwzględnie trwała, przyczepić się można tylko do niedoskonałej gęstości. 
4,5/5

Zapach
Łagodny, ale wyraźny; dominuje amerykański chmiel, zachowujący się jak na siebie wyjątkowo grzecznie, nienachalnie, urzekając bardzo subtelnymi, choć może trochę mało złożonymi nutami cytrynowymi i limonkowymi, prawie kwiatowymi, wszystko to na odległym, ale faktycznie kremowym, mlecznym tle - bardzo przyjemny aromat, choć nie kosmiczny. 
8,5/10

Smak
Bardzo podobnie, choć już nie aż tak łagodnie - dalej zdecydowanie króluje chmiel i w dalszym ciągu rozdaje cytrynowe, bardzo wyrafinowane akcenty. Mimo lekkości i mimo że chmiel raczej nie dopuszcza do głosu opcji słodowej jest całkiem pełne, ciężko zająknąć się o wodnistości; bardzo, bardzo udana goryczka, solidna i nieprzegapialna, ale jednocześnie bardzo krótka, przez co ani trochę nie męczy; bardzo fajny, lekki, trochę żywiczny finisz - świetne, lekkie i orzeźwiające, a jednocześnie bardzo wyraziste. 
8,5/10

Tekstura
Największym mankamentem jest wysycenie, strasznie wysokie, co prawda w tym piwie powinno być trochę większe niż przeciętne, ale tu zdecydowanie przesadzone.
2/5

7.5/10  

To już coś znacznie bardziej konkretnego niż Dim Sum Beer, choć wciąż nic niewiarygodnego. Kremowe ale wydaje mi się w ogóle bardzo przyjemnym stylem i trochę by mnie zdziwiło, gdyby faktycznie ta wersja miała być najlepszą na świecie. Lekkie, wyraziste, trochę nietypowe - bardzo, bardzo dobre.

Ursa Maior: Deszcz w Cisnej

No i wreszcie. Ursa Maior, browar rzemieślniczy - i po raz pierwszy nie kontraktowy, a faktyczny, fizyczny browar - z Bieszczadów, inicjatywa, która w tym roku przyćmiewa rozgłosem chyba nawet liderów, Pintę i AleBrowar. Niestety przyćmiewa złą sławą - jakiś miesiąc, dwa temu Ursa była obiektem mnóstwa skarg na DMS w większości ich piw. Sprawa znacznie się pogorszyła po aroganckich odpowiedziach na fanpage'u facebookowym na owe zarzuty - totalny strzał w stopę z punktu widzenia PR. Historia ta sprawiła, że mimo dobrego startu w zeszłym roku trzymałem się od tego przedsięwzięcia z daleka, ale w końcu ciekawość wzięła górę, zwłaszcza że ostatnio opinie trochę się polepszyły i postanowiłem dać im przynajmniej szansę. Zaczynam od wędzonego brown ale, co brzmi bardzo obiecująco - i miejmy nadzieję, że nie kończę.

Informacje ogólne:
Piwo: Deszcz w Cisnej
Kraj: Polska
Województwo: podkarpackie
Miasto: Uherce Mineralne
Browar: Ursa Maior
Produkowane od: 2013
Styl: wędzone amerykańskie brown ale
Alkohol: 5,5%
Ekstrakt: 12,7%
Objętość: 500 ml

Opakowanie
Ursa wysila się na etykiety mocno koncepcyjne, wręcz artystyczne (szczególnie jeśli chodzi o kształt) i chwała im za to nawet jeśli koncepcja ta nie przemawia do mnie w stu procentach. Na tym konkretnym piwie przemawia jednak niemal całkowicie, bardzo klimatyczna. Niektóre napisy trochę niewyraźne, ale do przeżycia. Jest krótki opis, jest temperatura serwowania i polecane potrawy. Nie ma jednak niestety dokładnego składu. Kapsel nie do końca udany, trochę krzykliwy, ale grunt, że firmowy.
8,5/10

Barwa
Bardzo ładne, głęboko brązowe z atrakcyjnymi, ciemnobursztynowi prześwitami - mogłoby być idealnie, gdyby było całkowicie klarowne, ale i tak jest dobrze. 
4/5

Piana
Niezbyt obfita, za to bardzo gęsta, nawet nieźle trwała, choć po parunastu minutach zostaje już tylko pierścień. 
3,5/5

Zapach
Bardzo przyjemna, wyraźna wędzonka, dość intensywna, ale nie inwazyjna, łagodna, posłodzona akcentami karmelowymi - bardzo ładny aromat, nie powala na ziemię, ale konkretny i przyjemny. 
8,5/10
Smak
Odbiega trochę w inną stronę, robi się bardziej agresywne - nie dość, że wędzonka jest bardziej nachalna, bardziej szynkowa, wręcz słona, zwłaszcza na przełyku, a w dodatku wchodzi naprawdę wysoka goryczka - mogłaby być nawet trochę niższa, bo za bardzo dominuje finisz, zasłania słodową kontrę, która ładniej niż goryczka komponuje się z wędzonką; ogólnie bardzo smaczne, wyraźne, choć mam wrażenie, że trochę za słabo zbalansowane. 
8/10

Tekstura
W ustach wysycenie jest bardzo dobre, może odrobinę za wysokie, trochę jednak za bardzo atakuje żołądek.
3,5/5

7.0/10
 
Bardzo dobre piwo. Nic ponadto, Schlenkerla to to nie jest w żadnym stopniu, ale bezwzględnie bardzo dobre i na pewno Ursa jeszcze się tutaj pojawi. Coś mnie jednak martwi - zapomniałem napisać, że Deszcz w Cisnej generalnie uważany jest za najlepsze, ewentualnie jedno z dwóch najlepszych piw z tego browaru. To daje trochę marny obraz przyszłości, ale ostatecznie to tylko "generalna" opinia - ja muszę sobie wyrobić swoją. 

czwartek, 10 kwietnia 2014

BrewDog & Evil Twin: Hello My Name Is Sonja

Nie pierwsze już i na pewno nie ostatnie piwo kolaboracyjne BrewDoga, a również kolejny browar wędrowny. Jak zwykle w takich sytuacjach to Szkoci grają pierwsze skrzypce i warzą piwo na swoim terenie (zwłaszcza że Evil Twin swojego terenu nie ma). Owocem tej współpracy jest kolejne piwo z serii "Hello My Name Is...", imperialnych IPA z subtelnym dodatkiem różnych owoców. Dawno temu, bo na wakacjach degustowałem jedno z nich - Hello My Name Is Ingrid - i mnie zachwyciło, choć nie dodatkiem skandynawskich malin, których chyba nie wyczułem, a po prostu dopracowaniem piwa. Tym razem w roli pobocznej borówka amerykańska, chyba mój ulubiony "mały" owoc, jeśli nie ulubiony w ogóle.

Informacje ogólne:
Piwo: Hello My Name Is Sonja
Kraj: Wielka Brytania (Szkocja) - warzone w kolaboracji z browarem ze Stanów Zjednoczonych
Hrabstwo: Aberdeenshire
Miasto: Ellon
Browar: BrewDog i Evil Twin Brewing
Produkowane od: 2013
Styl: imperialne India Pale Ale
Alkohol: 8,2%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 330 ml

Opakowanie
Etykieta to udane połączenie klasycznego wyglądu BrewDoga ze akcentami stylistyki Evil Twin. Zgrabny opis piwa, trochę historyjki, trochę konkretów, czyli tak, jak być powinno. Jak zwykle firmowy kapsel i duże obietnice, zobaczymy.
9/10

Barwa
Przepiękne wydanie głębokiego bursztynu; efekt osłabia co nieco zmętnienie bardzo drobnym osadem, ale i tak bardzo ładne. 
4/5

Piana
Umiarkowanie obfita i niezbyt trwała, szybko pozostaje pierścień i resztki, które jednak utrzymują się dość długo, jest też dość gęsta. 
3/5

Zapach
Bardzo ładny aromat, w którym dominuje amerykański chmiel, dostarczający świetnych wrażeń owocowych na czele z mandarynkami i pomarańczami, co nieco marakui, w tle trochę żywicy; są pewne nietypowe dla chmielu akcenty, które można wziąć za borówkę, ale bez uprzedzenia raczej nie da się wpaść - bardzo przyjemny, orzeźwiający, ale można sobie życzyć większej intensywności. 
8,5/10

Smak
W smaku dość ciężkie, dominuje oczywiście chmiel, przenosi się owocowość z zapachu, ale nie jest już orzeźwiająca, bardziej zaokrąglona, słodowa; goryczka trochę każe na siebie czekać, w końcu okazuje się solidna, ale nie najbardziej szlachetna - trochę taninowa i alkoholowa, ujdzie, lecz bez rewelacji; całkiem ciekawy finisz, bo nie czysto chmielowy, trochę ciastkowo-karmelowy; ogólnie przyjemne, ale jakby niezbyt szlachetne. 
7,5/10

Tekstura
Wysycenie na początku jest zdecydowanie za wysokie, ale po jakimś czasie się normuje.
3,5/5

7.0/10

Mało przyjemne rozczarowanie. Siłą rzeczy liczyłem na coś równie fenomenalnego co Ingrid, a wyszło z tego jedno z kilku najsłabszych piw BrewDoga spośród wszystkich tych kilkudziesięciu, które piłem. Ocena jest dobra i piwo jest dobre, ale imperialne IPA to styl dość wdzięczny, a poza ekstremum o zawartości 35% alkoholu żadnego słabszego od Sonji nie piłem. Nie wiem też, jaki jest sens robienia hałasu o dodanie do piwa tych borówek, skoro są praktycznie niewyczuwalne, a już na pewno bez informacji o nich.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Mikkeller (De Proef): Dim Sum Beer

Wreszcie przyszedł czas na degustację piwa z browaru, który do dziś był chyba największym nieobecnym z wszelkich rewolucjonistów. Mikkeller, duński browar wędrowny założony osiem lat temu przez nauczyciela matematyki i fizyki, warzący najczęściej w belgijskim De Proefbrouwerij (podobnie jak opisywany tu już To Øl, dla którego Mikkeller jest macierzą), obok BrewDoga chyba największa ikona europejskiej rewolucji piwnej. Tak naprawdę to nie moja pierwsza styczność z Duńczykami, bo degustowałem już dwa blendy piw BrewDoga i Mikkellera (w tym jeden również zmieszany z piwem z  Nøgne Ø). Oba były świetne, ale szczególnie podbiło moje serce I Hardcore You, mieszanka Hardcore IPA od Szkotów i I Beat yoU z Mikkellera. Rozpoczynam tę przygodę jednak z cienkiej rury, bo od lekkiego piwa, zaprojektowanego specjalnie do łączenia z azjatyckim jedzeniem, warzonego z dodatkiem kolendry i trawy cytrynowej.

Informacje ogólne:
Piwo: Dim Sum Beer
Kraj: Belgia (warzone przez duński browar kontraktowy)
Prowincja: Flandria Wschodnia
Miasto: Lochristi
Browar: De Proefbrouwerij (Mikkeller)
Produkowane od: 2009
Styl: przyprawowe
Dodatki: kolendra, trawa cytrynowa
Alkohol: 5%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 330 ml

Opakowanie
Widziałem już sporo etykiet Mikkellera, między innymi dlatego, że mały zapas ich piw trzymam w domu i czekam na degustację. Cóż, przyjęli koncepcję zupełnie inną niż BrewDog i większość chyba rzemieślników - ich etykiety mają ze sobą wspólne tylko dwie rzeczy: charakterystycznie rysowane postacie (jeśli są, tu akurat nie ma żadnej) i to, że każda etykieta rządzi się zupełnie swoimi prawami. No, czasem jeszcze umieszczą napis "Mikkeller". Ale generalnie każda etykieta jest inna, często dość dadaistyczna. Na początku byłem bardzo sceptyczny, teraz już trochę się oswoiłem i widzę w tym pewien urok, ale po pierwsze trochę to chaotyczne, a po drugie dzieła sztuki to to generalnie nie są. Zdecydowanie wolę koncepcję BrewDoga, Pinty, AleBrowaru, Revelation Cata i tak dalej. Na tej etykiecie widzimy przełamane czerwienią czarno-białe zdjęcie jakiejś azjatyckiej ulicy bądź uliczki. W porządku, ale nie powala. Goły kapsel. Niepodane miejsce uwarzenia. Z informacji podany tylko skład, alkohol i w dosłownie paru słowach na czym to piwo polega.
7/10

Barwa
Bardzo ładny, jasnobursztynowy kolor, trochę ulatującego gazu; przyczepić można się do zmętnienia, które nie jest ani mocne, ani słabe, przez co piwo wygląda trochę mało wyraziście. 
3,5/5

Piana
Obfita, bardzo gęsta, osiada na szkle, zostaje do końca niemalże w całości. 
4,5/5

Zapach
Początkowo naprawdę rewelacyjny - na początku uderza nas chmielowość, po chwili wchodzi bardzo atrakcyjna, wyraźna nuta trawy cytrynowej, a na końcu ten świetny obraz dopełnia kolendra i świeżość, jaką ze sobą niesie. W trakcie degustacji jakimś sposobem traci jednak na intensywności i trochę się nudzi. 
8,5/10

Smak
W smaku nie jest już tak świetne, ale ciągle trzyma poziom; w zasadzie kompozycja podobna co w zapachu, w ustach dominuje chmiel, a na przełyku zastępują go przyprawy - głównie trawa cytrynowa, kolendra jest już trochę schowana. Finisz trochę zawodzi mimo przyjemnych wtrąceń karmelowych - niby jest goryczka, ale jakaś rozmyta i niezbyt szlachetna; niby jest trawa cytrynowa, ale nie tak czysta jak w aromacie, niemniej jednak bardzo pijalne i przyjemne. 
7/10

Tekstura
Bardzo wysokie wysycenie, które na tle lekkości piwa mocno się ratuje, ale jednak powinno być zdecydowanie niższe.
2,5/5

6.5/10
 
Ciężko było spodziewać się jakiejś rewelacji po tak błahym piwie, ale liczyłem, że Mikkeller wyciśnie z niego trochę więcej. Pierwsze pociągnięcia nosem pozwalały mi wierzyć, że to będzie bezwzględnie najlepsze aromatyzowane piwo, jakie piłem, ale jednak poddało się nawet cytrynowemu Damm. Jest dobre. Na początek ujdzie. Czekam na majstersztyki.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Framboise Boon

Szósty już lambik na blogu, ale dopiero pierwszy warzony w miejscowości Lembeek, leżącej po flamandzkiej stronie granicy Flandrii i Walonii, od której, jak można przypuszczać, wzięła się nazwa tej rodziny stylów. A dokładniej w jedynym browarze mieszczącym się w tej miejscowości - Brouwerij Boon. W ściślejszym ujęciu to piwo w stylu, który jeszcze się tu nie pojawił - framboise, czyli owocowy lambik, jednak w malinowym wydaniu zamiast znacznie bardziej rozpowszechnionego wiśniowego. Podobno to właśnie Boon wskrzesił produkcję framboise w 1976.

Informacje ogólne:
Piwo: Framboise Boon
Kraj: Belgia
Prowincja: Brabancja Flamandzka
Miasto: Lembeek
Browar: Brouwerij Boon
Produkowane od: brak danych
Styl: framboise
Alkohol: 5%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 375 ml

Opakowanie
Bardzo ładne, typowa dla lambików, nieco szampańska butelka z prawdziwym korkiem i podobnie elegancka etykieta. Na krawatce wyszczególniony rok, zapewne uwarzenia, co zawsze nadaje każdemu piwu pewnej indywidualności. 2012 to był piękny rok, mam nadzieję, że i piwo takie będzie. Na kontrze opis piwa w obu językach Belgii - z ciekawszych informacji można zaznaczyć, że na każdy litr piwa zużyto trzysta gramów malin. Nie wiadomo, ile zużyto wiśni, bo co ciekawe figurują one w składzie. Jest też niestety cukier, ale przynajmniej nie ma żadnych sztuczności.
8,5/10

Barwa
Fantastyczny, krwisty kolor - bez światła bardzo ciemny, niemal brązowy, pod zdecydowanym światłem absolutnie genialny rubin, w dodatku masa ulatującego gazu. 
5/5

Piana
Bardzo gęsta, dość obfita, pięknie różowa, niemal do końca utrzymuje cały kożuch na powierzchni.
4,5/5

Zapach
Na pierwszym planie maliny, zdecydowane, bardzo naturalne, słodkie maliny, za którymi czai się lambikowa kwaśność i końska derka - trochę zbyt nieśmiało, jednak owocowe oblicze aromatu jest naprawdę rozkoszne. 
8/10

Smak
Bardzo podobnie - również dominuje przyjemna malinowość, pojawia się wyraźna nuta wiśniowa, lambikowa kwaśność musi się zadowolić tłem - nieprzegapialnym, ale jednak tłem, na które dodatkowo spycha je słodycz - nie mdła, ale trochę przesadzona; dopiero na finiszu owocowy charakter trochę ustępuje i lambikowe nuty mają szersze pole do popisu. Mimo zbytniego wygładzenia nie można mu odmówić dostarczania znacznej przyjemności i orzeźwienia. 
7,5/10

Tekstura
Wysycenie na bardzo wysokim poziomie, które ładnie komponuje się ze smakiem, jednak trochę za bardzo drapie gardło, mogłoby być mniejsze.
4/5

7.0/10
 
Bardzo dobry lambik, choć bardzo wygładzony, nawet bardziej niż lambiki z Lindemans, a spodziewałem się właśnie czegoś konkretnego, zwłaszcza że to w końcu jedyny browar z Lembeek. Niemniej jednak jakby wszelkie owocowe piwa-orzeźwiacze tak smakowały, to nie byłyby traktowane przez piwny światek z taką rezerwą jak obecnie. Bardzo przyjemne.

piątek, 4 kwietnia 2014

Podróże Kormorana - American IPA

Dopiero co wyszło czwarte piwo z serii Podróży Kormorana, stout kawowy, a mi właśnie udało się wreszcie dostać ostatnie z pierwszych trzech, którego jak dotąd nie miałem okazji pić - liczącego sobie już prawie rok American IPA. O ile cała ta seria jest, a przynajmniej była w swoich początkach ewenementem, o tyle to konkretne piwo jest szczególnie ważne historycznie, bo - o ile się bardzo nie mylę - pierwsze w amerykańskim stylu uwarzone w jakimkolwiek polskim browarze "regionalnym". Od zawsze zastanawiało mnie, czy dorównuje rzemieślniczym liderom z Pinty i AleBrowaru, ale dopiero teraz się przekonam.

Informacje ogólne:
Piwo: Podróże Kormorana - American IPA
Kraj: Polska
Województwo: warmińsko-mazurskie
Miasto: Olsztyn
Browar: Kormoran
Produkowane od: 2013
Styl: amerykańskie India Pale Ale
Alkohol: 6%
Ekstrakt: 16%
Objętość: 500 ml

Opakowanie
Kormoran przeprowadził gruntowną zmianę wizerunku swoich butelek i etykiet. Zmianę bezwzględnie pozytywną - butelki dostały trochę inny, ciekawszy kształt i piękne grawerunki, etykiety, z tego co widziałem, generalnie zmieniły się zdecydowanie na ładniejsze. Te z serii Podróży pozostały wizualnie mniej więcej takie same - a więc świetne i z akcentem trójwymiaru, w dodatku w miarę dokładny skład (aż sześć różnych chmieli). Opis piwa na kontrze nazwałbym wzorcowym, w subtelny sposób łączy zgrabną formę z treścią. Nauka dla Doctora Brew. Odjęto tylko klimatyczną książeczkę, przewieszoną na sznurku przez szyjkę. Szkoda.
9,5/10

Barwa
Głęboki, no może jasny bursztyn - z pozoru bardzo, bardzo ładne, ale po przyjrzeniu się oglądamy masę bardzo mało estetycznie wyglądających drobinek osadu - po dolaniu wszystkiego są ich istne miliardy i wygląda to tak niepokojąco, że aż potwornie ciekawie i na swój sposób przyciągająco; w rezultacie dobry wynik. 
3,5/5

Piana
Obfita, obłędnie gęsta i niemal perfekcyjnie trwała, artystycznie oblepia szkło - w końcu trochę ustępuje, ale nieznacznie. 
4,5/5

Zapach
Bardzo owocowa amerykańska chmielowość, na pierwszym planie bezdyskusyjnie słodkie pomarańcze, inne owoce muszą robić za tło dla nich, choć wyczuwalne jest też liczi, nawet trochę melona; bardzo ładny, ale można wymagać większego rozbudowania i intensywności. 
8/10

Smak
Urzeka od pierwszych chwil - powracają te słodkie pomarańcze, ale tutaj dają koncert naprawdę zjawiskowy - piwo jest słodkie, wręcz słodowe jak na styl, ale w jakiś sposób dobrze zbalansowane; bardzo wyraziste, chmielowe; goryczka na początku bardzo delikatna, choć wybitnie przyjemna, żywiczna, stanowiąca przeciwieństwo zalegającej, jednak w miarę picia rozkręca się do rozmiarów pokaźnych; znakomite, choć ogólna kompozycja nie należy do najwybitniejszych tego świata, to trzeba docenić niezwykłą szlachetność każdego aspektu tego smaku, nie ma tu nie tylko fałszywych, ale i przeciętnych nut; nieziemsko pijalne (żeby być szczerym, wyczułem - już na głębokim finiszu, po zakończeniu degustacji - minimalny diacetyl, ale naprawdę na skraju wyczuwalności, przez co w zasadzie do pominięcia).
9/10

Tekstura
Bliska ideału, jednak minimalnie wyższe wysycenie byłoby na miejscu.
4,5/5

8.0/10

Wracając do porównań z Atakiem Chmielu i Rowing Jackiem - przegrana, choć zauważmy, że w smaku jest równie dobre - przegrało z nimi w zasadzie zapachem, niewystarczająco intensywnym. Nie zmienia to jednak faktu, że się nie zawiodłem. Sądzę, a nawet jestem bliski pewności, że seria Podróży Kormorana to w tej chwili najlepsze, co dzieje się na polskiej scenie browarniczej ponad - alboli też pod - w każdym razie poza sektorem rzemieślniczym. Polowanie na Coffee Stouta uważam za rozpoczęte.

czwartek, 3 kwietnia 2014

To Øl (De Proef): Cloud 9 Wit

Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu udało mi się powrócić do To Øl, duńskiego browaru kontraktowego, który w styczniu powalił mnie smakiem swojego quadrupla. Tym razem coś z przeciwnego bieguna, bo sesyjny witbier. Jak podają twórcy, warzony ze skórką pomarańczową (dlaczego podkreślają jeden z wyznaczników stylu, nie wiem) i, co już istotnie warte podkreślenia, mango. Brzmi jak bardzo udane połączenie, miejmy nadzieję, że w ogóle będzie wyczuwalne.

Informacje ogólne:
Piwo: Cloud 9 Wit
Kraj: Belgia (warzone przez duński browar kontraktowy)
Prowincja: Flandria Wschodnia
Miasto: Lochristi
Browar: De Proefbrouwerij (To Øl)
Produkowane od: brak danych
Styl: witbier
Alkohol: 4,6%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 330 ml

Opakowanie
O ile estetyka etykiet Mikkellera nie jest moją estetyką, ale jednak jestem w stanie ją docenić, o tyle mam wrażenie, że zmysł grafików To Øl jest cokolwiek chybiony. Z pozoru ładnie, trochę bezpłciowo, tutaj jedno zdjęcie kończy się po lewej stronie etykiety, a zaczyna po prawej, tu fotka dwóch wąsaczy łowiących ryby, krawatka z bliżej nieokreślonymi plamami. Trudno się to nawet opisuje. Cóż, dadaizm również powinien być dadaizmem udanym - a może w szczególności, bo nieudany jest niczym więcej jak śmieciem. Albo przynajmniej mówić coś o piwie, poza wzmianką o mango nie dostajemy jednak żadnego opisu. No i goły kapsel.
4,5/10

Barwa
Bardzo jasne, słomkowe, zadziwiająco jak na styl klarowne - po dolaniu końcówki mętnieje już wyraźnie, choć wciąż jak na witbiera nienadzwyczajnie; lekką bezpłciowość polepsza dość dynamicznie ulatujący gaz.
3/5

Piana
Obfita i wysoka, bezbłędnie trwała, dość gęsta i w dodatku oblepiająca co nieco szkło. 
5/5

Zapach
Bardzo ładny, intensywny, zdominowany przez cytrusy: dużo cytryny, trochę pomarańczy; kolendra raczej nie ujawnia się we własnej osobie, ale być może ma duży wpływ na charakterystyczną świeżość, rześkość aromatu; dość słodki; nadzwyczaj przyjemny, ale jednak nie wybitny. 
8/10

Smak
Dość istotnie zmienia profil, robi się bardzo wytrawnie poprzez charakterystyczne, szorstkie nieco nuty pochodzącej od skórki pomarańczowej goryczki; jest całkiem atrakcyjna, zwłaszcza w połączeniu ze zmasowanym powrotem cytrusów na przełyku, ale za bardzo dominuje, przykrywając inne doznania - szkoda, bo wyraźnie mango jest wyczuwalne, nie można się nim jednak za długo nacieszyć. Smaczne, przyjemne i orzeźwiające, ale bez rewelacji. 
7/10

Tekstura
Bardzo, bardzo mocno wysycone, co generalnie jest do jakiegoś tam przyjęcia w tym piwie, ale niestety w połączeniu ze wspomnianą goryczką przyczynia się do przykrycia łagodniejszych akcentów.
1,5/5

6.5/10

Niestety nijak ma się to piwo do wspomnianego quadrupla. Jest oczywiście dobre, przyjemne, ale nic ponadto, a za cenę około 15 zł to wprost nieakceptowalne i karygodne. Za taką kwotę góry wszak można przenosić, jeśli chodzi o witbiery. Niedługo Duńczycy na pewno dostaną jeszcze jedną szansę, bo trzymam w zapasach drugie piwo z serii "Fuck Art...", miejmy nadzieję, że będzie mu blisko do pierwszego, inaczej czeka nas dłuższa rozłąka.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Green Flash: Hop Head Red

Trzecią setkę rozpoczynam podróżą do Stanów, a dokładniej, jak zazwyczaj w przypadku eskapad za ocean, do Kalifornii. Docieram jednak do nowego dla mnie browaru, Green Flash Brewing Company z San Diego. Dodaję sobie też do statystyk nowy styl, choć w zasadzie to raczej wariacja na temat amerykańskiego India Pale Ale - czerwone IPA.

Informacje ogólne:
Piwo: Hop Head Red
Kraj: Stany Zjednoczone
Stan: Kalifornia
Miasto: San Diego
Browar: Green Flash Brewing Company
Produkowane od: brak danych
Styl: czerwone India Pale Ale
Alkohol: 7%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 355 ml

Opakowanie
Pozytywy opakowania kończą się na grawerowanej butelce i firmowym kapslu. Etykieta niestety nie robi szału pod względem projektu, a kolorystycznie jest moim zdaniem po prostu kiepska. Nie zawiera też żadnego opisu piwa, choć dwóch rzeczy się dowiemy - stylu piwa i tego, że zostało chmielone na zimno chmielem amarillo.
6/10
 
Barwa
Bardzo, bardzo atrakcyjny, bursztynowo-miedziany kolor, w połączeniu z niemal idealną klarownością pozostawia niewiele do życzenia; pod mocnym światłem faktycznie czerwone. 
4,5/5

Piana
Bardzo obfita, bardzo gęsta i idealnie trwała, w dodatku oblepia przepięknie szkło - nie da się przyczepić. 
5/5

Zapach
Świetne, leśno-żywiczne nuty amerykańskiego chmielu - owoce tropikalne też są obecne, ale raczej na drugim planie; zapach piękny, intensywny i bardzo przyjemny, choć do absolutnej rewelacji trochę brakuje. 
9/10

Smak
W smaku dominacja chmielu również totalna - owoce schodzą na daleki plan, właściwie ich rolą jest już tylko przyjemna słodycz, poza którą piwo jest totalnie żywiczne, zarówno w ustach, gdzie obezwładnia wyrazistością, na przełyku, gdy uderza bliska doskonałości goryczka - bardzo mocna, ale zupełnie nie zalegająca - jak i na długim, bardzo konkretnym finiszu, który chyba najlepiej oddaje tę żywiczną magię - znakomite. 
9/10

Tekstura
Perfekcyjnie współgra ze smakiem i winduje pijalność do bardzo wysokich poziomów mimo sporej goryczki.
5/5

8.5/10

Niepozorne opakowanie kryło w sobie absolutnie rewelacyjne IPA. Na pewno nie najlepsze, ale jedno z najwybitniejszych stylowo amerykańskich interpretacji gatunku, jakie piłem. Ściślej, tylko ta mierna etykieta odebrała mu obecność na podium.

niedziela, 30 marca 2014

Baladin: Terre 2010

Dwieście, dwieście, dwieście. No, jeszcze nie, ale po tej degustacji będę mógł poszczycić się dwustoma recenzjami, dwustoma opisanymi piwami na blogu. Poruszam się w dość jednostajnym tempie - na drugie sto potrzebowałem mniej więcej tyle samo czasu, co na pierwsze. To liczba, która rok temu była dla mnie tak odległa, że nawet o niej nie myślałem. Wolałem nawet nie zastanawiać się, czy wytrwam tak długo, tkwiąc w obawie, że zapał minie. Nie minął, a wręcz zupełnie przeciwnie - mimo stażu, mimo że kolejne piwa mają już ogromną konkurencję za sobą, mimo że wypiłem już mnóstwo piw rewelacyjnych, to wciąż każde kolejne jest dla mnie takim samym, a może nawet większym wydarzeniem niż na początku. Co prawda gdy stuknęła mi pierwsza setka, wiedziałem już (a nawet znacznie wcześniej), że ten blog będzie trwał i setka druga jest kwestią czasu. Ciągle obawiałem się jednak popadnięcia w rutynę, spadającej przyjemności z prowadzenia go. Z radością odkryłem, że przyjemność jest coraz większa, a wynika to z coraz większego doświadczenia, które wymusza coraz bardziej rzetelne recenzje, coraz większą lekkość w wykrywaniu, nazywaniu i opisywaniu wrażeń sensorycznych i w końcu coraz większe zrozumienie piwnego światka. Mogę zapewnić, że dokładnie w tym momencie jestem zdeterminowany do dalszego poszerzania horyzontów i recenzowania nowych piw tak bardzo, jak jeszcze nigdy dotąd nie byłem.

Na jubileusz wybrałem oczywiście coś specjalnego, ale tym razem nie na gruncie sentymentalnym, bo i prawdę mówiąc chyba wszystkie piwa, do których mam naprawdę wielki sentyment, już na blogu zdegustowałem. Dwusetne piwo, jakie zrecenzuję, będzie jednocześnie najdroższym jak dotąd przeze mnie pitym. Trzeba zaznaczyć od razu, że najdroższym, jeśli chodzi o cenę butelki, bo najwięcej za mililitr zapłaciłem zdecydowanie w przypadku Watt Dickie z BrewDoga, piwa o 35% alkoholu. To tutaj jest pod tym względem na drugim miejscu. A co to takiego? Moje pierwsze piwo z osławionego włoskiego browaru Baladin i jednocześnie jedno z najbardziej ekskluzywnych z szerokiej jego oferty. Jedno z pięciu piw z serii Riserva Teo Musso, starzonych w beczkach po mocniejszych trunkach. Seria nazwana tak na cześć człowieka-żywej legendy włoskiego browarnictwa, założyciela Baladin i między innymi współwynalazcę szkła Teku. Barley wine leżakowane w beczkach po czerwonych włoskich winach. Brzmi bardzo podobnie do niedawno recenzowanego L'Ultima Luna - mam nadzieję, że rozłoży je na łopatki.

Informacje ogólne:
Piwo: Terre 2010
Kraj: Włochy
Region: Piemont
Miasto: Piozzo
Browar: Birrificio Baladin
Produkowane od: brak danych
Styl: angielskie barleywine (Italian Red Wine BA)
Alkohol: 12%
Ekstrakt: 27%
Objętość: 500 ml

Opakowanie
To bez wątpienia najładniej zapakowane piwo, jakie w życiu widziałem. Żeby właściwie je w tym aspekcie ocenić, musiałbym wyjść ponad skalę i to znacznie. Butelka zapakowana jest w piękną, elegancką, blaszaną tubę, typową dla whisky z wyższych półek. Prawdziwa maestria zaczyna się jednak po wyjęciu z niej przepięknej butelki z grubego szkła o cudownym kształcie, z elegancką, choć skromną etykietą i - uwaga - firmowym korkiem. Jak na taki kaliber mogłoby być trochę więcej informacji o piwie, ale znajdziemy je na szczęście na stronie internetowej. Coś niesamowitego, poczułem solidne ukłucie, że wszystkie dziesiątki za opakowanie wystawiłem strasznie pochopnie. 
10/10

Barwa
Bardzo ciemne, ale nie czarne; bardzo mocno zmętnione, zmętnienie sprawia, że wygląda jak niemal czarne, choć po przyjrzeniu się jest bardziej brązowe; mocne światło ujawnia, że jest po prostu czerwone niczym wino, tylko zmętnienie wszystko zmienia; inspirujące. 
4,5/5

Piana
Praktycznie jej nie ma w trakcie nalewania, ale co ciekawe, już po nalaniu powoli tworzy się cieniutki, lecz ewidentny pierścień.
0,5/5

Zapach
Cudowny i niesamowicie intensywny; bardzo słodki; owocowo-waniliowa, ciężka słodowość kłóci się z subtelnymi, ale wyraźnymi nutami wina, a bitwa ta rozgrywana jest na polu najpiękniejszych aromatów beczkowych, jakie w życiu spotkałem w piwie; początkowo wygrywa ta piwna strona, im dalej brniemy w degustację, tym coraz więcej pola zdobywa sobie jednak wino; mistrzowski. 
10/10

Smak
Pierwsze, co dociera do nas w smaku, to niesamowita, zadziwiająca lekkość i przystępność; następnie rozpływamy się w koncercie słodyczy, który każdorazowo zostaje złamany typowymi, kwaskowatymi nutami czerwonego wina, te zaś przechodzą powoli w bardzo łagodny, ale i wyrazisty, lekko alkoholowy, przyjemny i piekielnie długi (czułem go jeszcze godzinę po zakończeniu degustacji!) finisz; nieprawdopodobnie ukrywa swoją moc, jest po prostu lekkie; niesamowicie się rozwija w trakcie degustacji, jedno z najlepszych, jakie piłem. 
10/10

Tekstura
Wysycenie jest praktycznie zerowe; do tego piwa to bardzo dobrze pasuje, ale mimo wszystko minimalną ilość gazu bym poprosił.
4,5/5

9.5/10

Wspaniałe piwo, wspaniałe. Na sam koniec drugiej setki dostałem kolejną - piątą już - dwójkę dziesiątek za smak i zapach. Warte swojej ceny, bo jak żadne inne objawia, że piwo absolutnie w niczym nie musi ustępować winu i mocnym trunkom. Przepiękne.