niedziela, 6 lipca 2014

Samuel Smith: Winter Welcome Ale

Kolejne piwo z Samuela Smitha recenzuję z delikatnie powiedziawszy opóźnieniem, bo uwarzone zostało na ubiegłoroczne święta bożonarodzeniowe. Jak już się jednak wielokrotnie przekonywałem, picie witbierów w styczniu czy piw świątecznych w środku lata jest zupełnie w porządku, a szczególnie w porządku, jeśli piwo powstało w tym rewelacyjnym angielskim browarze. Liczę, że pobije świąteczne piwo z Anchor Brewing.

Informacje ogólne:
Piwo: Winter Welcome Ale
Kraj: Wielka Brytania (Anglia)
Region: Yorkshire and the Humber
Miasto: Tadcaster
Browar: Samuel Smith Brewery
Produkowane od: brak danych
Styl: angielskie mocne ale
Alkohol: 6%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 550 ml

Opakowanie
Pstrokata, kojarząca mi się znacznie bardziej z jakąś reklamą cyrku niż ze świętami etykieta, acz butelka dalej jest pięknie zdobiona. Obrazek na środku etykiety zmienia się podobno co roku tak samo jak w przypadku Anchor. Z tyłu jak zwykle zadowalający opis piwa.
8/10

Barwa
Wszystkie odcienie bursztynu w połączeniu z niebywale doskonałą klarownością dają efekt bardzo elegancki, świetlisty i piękny.
5/5

Piana
Bardzo obfita, dość gęsta, ładnie oblepia szkło, ale bardzo nie trwała - z potężnej czapy po dziesięciu minutach ostaje się już tylko pierścień. 
3/5

Zapach
Dominują nuty raczej jasnosłodowe przyobleczone w akcenty owocowe, szczególnie jabłkowe, oraz odrobinę  nut karmelowych - jest ładny, ale trochę mało wyjątkowy, ot, trochę słodu i tyle.
7,5/10

Smak
Trochę rozczarowujące, w ustach jeszcze całkiem przyjemne, pełne, słodowe, choć nic ciekawszego nie da się o nim powiedzieć, na przełyku natomiast uderza ewidentna nuta metaliczna, na szczęście w miarę degustacji coraz bardziej odpuszcza. Najlepiej jest zdecydowanie na finiszu, i to głębokim, gdzie wreszcie trochę mocniej zaczynają przemawiać akcenty karmelu i toffi, nawet odrobina chlebowości się pojawia; ostatecznie jest niezłe, ale nic ponadto, w dodatku mało interesujące. 
7/10

Tekstura
Dobre, ale jednak wyraźnie za małe wysycenie.
3,5/5
 
6.0/10

Dziwne. Po piwie świątecznym spodziewałem się czegoś niekonwencjonalnego, wyjątkowego, a dostałem takie dość zwykłe, słodowe, nawet nieco nudne - choć smaczne - piwo. Duży zawód, zdecydowanie najsłabsze, co dał mi Samuel Smith. Bynajmniej nie zamierzam jednak rezygnować z przygód z tym browarem.

piątek, 4 lipca 2014

BrewDog: Old World India Pale Ale

W końcu. Czekam na tę degustację od naprawdę długiego czasu, a odkąd spróbowałem Old World Russian Imperial Stout z tej serii - czekam podwójnie. Przypomnijmy, że BrewDog jeszcze w zeszłym roku uwarzył dwa piwa, którym chciał złożyć hołd historii browarnictwa, odtwarzając historyczny stout imperialny (co wyszło im fenomenalnie) oraz historyczne India Pale Ale. Tym samym uwarzyli piwo w stylu, który nie cieszy się dziś wielkimi łaskami - angielskie IPA. Ja natomiast lubię czasem wypić piwo mocno goryczkowe i chmielowe, ale bez amerykańskich cytrusów i żywic.

Informacje ogólne:
Piwo: Old World India Pale Ale
Kraj: Wielka Brytania (Szkocja)
Hrabstwo: Aberdeenshire
Miasto: Ellon
Browar: BrewDog
Produkowane od: 2013
Styl: angielskie India Pale Ale
Alkohol: 7,5%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 660 ml

Opakowanie
Etykieta w tym samym stylu co na wspomnianym stoucie, również tutaj swoje nietuzinkowe zdolności i wizje artystyczne zaprezentowała Johanna Basford, znów BrewDog postarał się o zadowalający opis piwa i koncepcji, znów zabrakło firmowego kapsla.
9,5/10
 
Barwa
Bardzo ładny, głęboki bursztyn, zupełnie klarowne, miejscami miedziane prześwity, sympatycznie ulatujący gaz - bardzo dobre wrażenie. 
4/5

Piana
Niesamowita, piekielnie obfita i gęsta, nieustępliwa, świetnie oblepia szkło. 
5/5

Zapach
Całkowicie zdominowany chmielem, bardzo ładny - nuty kwiatowe dzielą się tutaj miejscem po równo z ziołowymi, jest też trochę pikanterii, ale i karmelowej podbudowy słodowej; świeży, intensywny, zdecydowany - kawałek od doskonałości, ale świetny. 
9/10

Smak
W smaku co najmniej równie dobrze - w ustach bardzo dużo ma do powiedzenia słód, który dostarcza przyjemnej słodyczy, ta zaś ładnie komponuje się z ewidentną pomarańczowością, w którą teraz przeszedł chmiel; na finiszu pikantna, przyprawowa, żywiczna nieco nuta znana z zapachu zdobywa sobie bardzo dużą przestrzeń i dominuje już do końca, choć na dalekim finiszu pojawiają się jeszcze nuty typowo ziołowe; pod jej właśnie znakiem występuje goryczka, nie do przegapienia, ale jak na styl na pewno nie powalająca, jakkolwiek wystarcza raczej do skontrowania słodyczy; bardzo smaczne, dalekie od ideału, ale świetnie pijalne mimo niemałej mocy. 
9/10

Tekstura
Strasznym mankamentem jest wysycenie, które jest naprawdę blisko zera; w tym piwie nie jest potrzebne jakieś ogromne, ale potrzebne jest.
1/5

7.5/10

Świetny projekt, choć już IPA nie osiągnęło wybitnego poziomu RISa. Ciężko odżałować marność tej tekstury, bo z dobrą byłoby to piwo wybitne, a tak musi zadowolić się trochę łagodniejszymi przymiotami. BrewDog pokazał jednak jednoznacznie, że można w tym stylu uwarzyć piwo wspaniałe. I po raz kolejny potwierdził swoją wielkość.

Baladin: Isaac

Po dość długim czasie wreszcie zabieram się do recenzji kolejnego piwa z Birrificio Baladin, bodaj najsłynniejszego włoskiego browaru. Po świetnym początku, który wyznaczyło ekskluzywne, bardzo drogie barley wine leżakowane w beczkach po włoskim winie czerwonym, nadeszło lekkie rozczarowanie, gdy przyszło do spróbowania bardziej zwykłego piwa. Dzisiaj wystrzałowo znów nie będzie - po nietradycyjnym APA przychodzi czas na tradycyjnego witbiera - ale liczę na coś dużo lepszego.

Informacje ogólne:
Piwo: Isaac
Kraj: Włochy
Region: Piemont
Miasto: Piozzo
Browar: Birrificio Baladin
Produkowane od: brak danych
Styl: witbier
Alkohol: 5%
Ekstrakt: 12,7%
Objętość: 330 ml

Opakowanie
Piwo w przepięknej, grawerowanej butelce z etykietą spójną z resztą piw browaru. Ładny, firmowy kapsel, informacji o piwie nie za dużo, acz można wywnioskować, że to witibier bez odwiedzania strony internetowej browaru (napis "birra bianca" plus kolendra i skórka pomarańczowa w składzie).
9/10
 
Barwa
Piwo niezbyt ładnie się prezentuje - głębokie złoto byłoby w porządku (choć jak na witbiera zdecydowanie za ciemne), ale zmętnienie jest wprost koszmarne, mnóstwo nieregularnej wielkości kawałeczków osadu wygląda niezbyt estetycznie; sprawę próbuje ratować ładnie ulatujący gaz. 
1/5

Piana
Bardzo nieobfita, cienka, dość szybko na powierzchni pojawiają się już pierwsze dziury, ale ta cienka warstwa utrzymuje się przez trochę czasu. 
2/5

Zapach
Bardzo ładny, dominują nad resztą doznań bardzo świeży aromat skórki pomarańczowej z charakterystyczną, specyficzną, jakby anyżkową słodowością, znaną mi już z poprzedniego piwa Baladin; jest też miejsce na kolendrę, ogólnie bardzo dobrze, choć z nóg nie zwala, intensywnością również. 
8/10

Smak
Jest wybitnie przyjemne w ustach, gdzie od początku atakuje bardzo sympatyczną, lekką goryczką przemieszaną z aromatem skórki pomarańczowej; na przełyku jest już bardzo witbierowo, do cytrusowości dochodzi kolendra; problem jest jedynie na finiszu, na którym nuty witbiera wygasają, goryczka jest nieobecna i skutkiem tego pozostaje już sama słodycz, niczym nie skontrowana, trochę płaska - ogólnie jest jednak bardzo smaczne, orzeźwiające, ale pełne smaku. 
8,5/10

Tekstura
Wysycenie wysokie, odpowiednie do tego stylu, ale minimalnie jednak zbyt gryzące.
4,5/5

7.0/10

Cóż, kolejny witbier, którego przyjemnie się piło, ale do którego na pewno nie będę wracał. Jak dotąd w tej klasyfikacji nie do pobicia jest dwójka gigantów, którą opisywałem już dawno temu - amerykańsko chmielona Viva la Wita i tradycyjne Blanche de Namur. Ten tutaj zajął co prawda trzecie miejsce, ale Baladin musi się znacznie bardziej postarać, żebym rozważył uznanie go jednym z moich ulubionych browarów.

7 Stern: Bamberger Rauchbier

Czas zakończyć przygodę z austriackim 7 Stern Bräu w dobrym stylu po wpadce z hellesem. Jestem niemal pewien dobrego stylu, bo ostatnie piwo, które zrecenzuję, piłem już na miejscu i zasługiwało na ocenę nawet bardzo dobrą. Wersja butelkowa może się oczywiście różnić, ale w browarze restauracyjnym chyba raczej ciężko o jakieś olbrzymie różnice. Było już piwo zainspirowane Pragą, teraz czas na Bamberg i wędzonkę. Austriacy nie określili stylu dokładnie - uwarzyli piwo po prostu wędzone, a nie wędzoną wersję innego stylu.

Informacje ogólne:
Piwo: Bamberger Rauchbier
Kraj: Austria
Land: Wiedeń
Miasto: Wiedeń
Browar: 7 Stern Bräu
Produkowane od: brak danych
Styl: rauchbier
Alkohol: 5,1%
Ekstrakt: 13,5%
Objętość: 500 ml

Opakowanie
Etykieta w tym samym stylu co na praskim ciemniaku, przedstawiająca jeden z bardziej reprezentatywnych zabytków bamberskich, stary ratusz, który tak niedawno podziwiałem z odległości paru metrów. 
7/10


Barwa
Świetna, ciemnobrunatna barwa, oferująca pod mocnym naświetleniem piękną paletę jasnobrązowych przebłysków - początkowo zaś wydaje się zupełnie czarne. 
4/5

Piana
Bardzo nieobfita, za to w miarę gęsta i ładnie beżowa, nie utrzymuje się za długo w całości, ale to, co pozostaje, już nie znika. 
2,5/5
Zapach
Całkowicie opanowany przez rewelacyjną wędzonkę, trochę przypominającą mocno wędzoną szynkę, a trochę po prostu dym z ogniska, spalane nie do końca wysuszone gałęzie. Jest do tego stopnia bezpośrednia i bezkompromisowa, że wchodzą nawet delikatne akcenty asfaltowe; wspaniały, agresywny, ale szalenie przyjemny.
9,5/10

Smak
Również fantastycznie, w dalszym ciągu mocno pracująca wędzonka napotyka na bardzo dobrą, słodową, słodką kontrę; szkoda jedynie, że owa słodycz sama już na kontrę w postaci choćby najmniejszej goryczki nie napotyka, przez co piwo nabiera swojej jedynej wady - za wysokiej słodyczy skutkującej minimalną mdłością. Mimo niej ciężko się nim nie zachwycić, zwłaszcza bardzo mocno wędzonym finiszem. 
8,5/10

Tekstura
Kolejny mankament - niskie wysycenie, które potęguje mankament obecny w smaku; ogólnie jest tylko trochę mniejsze niż przeciętne, ale to piwo potrzebuje podkręconego gazu.
1/5

7.5/10

Bezsprzecznie najlepsze piwo spośród czterech, jakie miałem okazję spróbować z tego browaru. Gdyby nie zostało zdradzone przez parametry poboczne, mogłoby śmiało rywalizować z wędzonym marcowym ze Schlenkerli, a to już naprawdę coś! Śmiało największym mankamentem piw z 7 Stern można nazwać bardzo skąpym chmieleniem - we wszystkich piwach brakowało goryczki, nawet tych, które potrzebują jej jeno szczyptę. Niemniej jednak rauchbier ów to bardzo pozytywne zakończenie przygody z Siedmioma Gwiazdami. Mimo że nie jest to browar wybitny, a jego piwa dostępne są kilkaset kilometrów stąd, myślę, że jeszcze kiedyś się spotkamy - do Wiednia na pewno kiedyś wrócę, a wówczas raczej sobie nie podaruję wizyty w restauracji tego browaru, co pewnie poskutkuje wzięciem na wynos innych piw. Ale to raczej najprędzej za parę lat.

środa, 2 lipca 2014

7 Stern: Wiener Helles

Wśród piw zakupionych w 7 Stern nie mogło zabraknąć tego jedynego spośród siedmiu, które piwowarzy w jakiś sposób powiązali z Wiedniem, nazywając je "jasnym wiedeńskim", nawet jeśli ciężko tu mówić o stylu innym niż monachijski helles. To gatunek jasnego lagera, jakiego jeszcze na moim blogu nie było, życzę sobie przeto smacznej inicjacji.

Informacje ogólne:
Piwo: Wiener Helles
Kraj: Austria
Land: Wiedeń
Miasto: Wiedeń
Browar: 7 Stern Bräu
Produkowane od: brak danych
Styl: monachijski helles
Alkohol: 4,7%
Ekstrakt: 11,8%
Objętość: 500 ml

Opakowanie
Spójne z pozostałymi piwami browaru opakowanie, czyli nic specjalnego, ale jak na browar restauracyjny całkiem zacnie. Tym razem etykieta nie przedstawia żadnego budynku wiedeńskiego, a szkoda, bo jest co przedstawiać.
6,5/10


Barwa
Bardzo jasne, jasnozłote wpadające w słomkowe; byłoby ładniejsze przy idealnej klarowności, niestety jest minimalnie zmętnione, co czyni je dość mdłym, nudnym. 
2/5

Piana 
Obfita i wprost wybitnie gęsta, bardzo długo utrzymuje się w całości.
4,5/5

Zapach
Łagodny, niezbyt intensywny, w całości poświęcony słodowi - ani szczególnie piękny, ani ciekawy, bardzo jednowymiarowy; nie jest nieprzyjemny, ale do cna nudny. 
3,5/10

Smak
Co nieco lepiej - jest co prawda bardzo łagodne, ale nie można powiedzieć, że puste; dalej całkowicie dominuje słód, ale jest już nieco bardziej wyrazisty niż w zapachu, a na niemal bezgoryczkowym co prawda finiszu pojawia się odrobina chmielowości; niemniej jednak ponad przeciętność nie jest w stanie się wychylić.
5/10

Tekstura
Przydałoby się zdecydowanie wyższe wysycenie, ale nie jest źle.
3/5

4.0/10

Spore rozczarowanie. Zaczęło się jeszcze jako tako, ale już po paru łykach zrobiło się marnie. Cóż, po prostu piwo przeciętne, jako napitek mający ugasić pragnienie po obfitym obiedzie w 7 Stern by uszło, niewarte jednak zawracania sobie głowy jeśli chodzi o poszukiwanie wrażeń smakowych.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Top 10

Oto aktualne dziesięć najlepiej ocenionych przeze mnie piw. Ten na bieżąco aktualizowany ranking ułożony jest według ocen ogólnych, które pojawiają się przy degustacjach, nie są to więc dokładnie najsmaczniejsze piwa, jakie piłem, a te, które zrobiły najlepsze wrażenie w ogóle - przede wszystkim smakiem i zapachem, ale również teksturą, wyglądem i opakowaniem (wagę poszczególnych parametrów w ocenie można poznać tu). Uważam kwestie estetyczne za istotne (co oczywiste, skoro uwzględniam je w ocenach), ale są sytuacje, w których się nie liczą i chcemy rozmawiać tylko o walorach smakowo-zapachowych - w takich to sytuacjach warto zapoznać się z alternatywnym Top 10.

9/10b. Brouwerij Bosteels: Tripel Karmeliet (9,53/10)

Po to piwo z całej dziesiątki sięgnąłem w życiu najwcześniej, na długo przed rozpoczęciem działalności bloga. To jedno z moich dwóch (drugie jest następne w rankingu) ukochanych piw belgijskich, które przez długi czas uznawałem za absolutnie najlepsze we wszechświecie (trochę z niedoświadczenia i nieświadomości potencjału piwa) i które ugruntowały pozycję Belgii w moim spojrzeniu na świat piwa - do dziś, mimo cudów oferowanych zza małej (UK) i wielkiej (US) wody, ciągle nie mogę przestać postrzegać jej za krainę, w której piwowarstwo wspina się na najwyższe szczyty. Ale co do samego piwa - jest to pewien policzek dla trapistów, bo lepszego tripla na razie nie uświadczyłem nigdzie, również u nich. Mocne (8,4%), a orzeźwia jak grodziskie; lekkie, a natężeniem smaku dorównuje stoutom imperialnym. Krótko mówiąc znakomite piwo na każdą okazję. Jest też bardzo przystępne w przeciwieństwie do niejednego piwa z tego rankingu - sam zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia, będąc jeszcze niemal kompletnym laikiem, któremu byle lambik wykręcał kubki smakowe i nie dawał zasnąć. Warto więc być może zaczynać od niego edukację znajomych, którzy do tej pory nie pili nic lepszego od Perły, Ciechana Miodowego czy nawet Paulanera (nie żebym te trzy piwa zrównywał, wręcz przeciwnie, dokonałem stopniowania wtajemniczenia w piwo). Za ciekawostkę niech posłuży fakt użycia trzech zbóż - słodu jęczmiennego, pszenicy i owsa. Piwo raz jest, a raz go nie ma - nie tylko w sklepach specjalistycznych, potrafi się też pojawić w Almie czy Piotrze i Pawle, ale raczej rzadko w porównaniu z niektórymi innymi Belgami.


9/10a. Alaskan Brewing: Smoked Porter (9,53/10)

"Porter wędzony warzony w browarze na Alasce" samo w sobie brzmi już intrygująco, ale efekt przeszedł moje oczekiwania. A były spore, bo piwo jest dość osławione i w Polsce uchodzi wręcz za artefakt, bo jest kiepsko osiągalne. Alaskan Brewing warzy je tylko raz w roku i wypuszcza w ograniczonej ilości - każda warka jest opatrzona rocznikiem, mi trafiło się piwo z 2012 - ponad dwuletnie - i było wyśmienite. Browar podaje zresztą kilkunastoletni okres ważności, co zaskakuje przy zaledwie 6,5% alkoholu, ale chyba jest uzasadnione i podwyższa magię piwa. Niebywale wyraziste, choć pije się szybko i lekko, stanowi doskonały splot chmielowej goryczki, kawowo-czekoladowej słodyczy ciemnego słodu oraz doprawdy słonej, bardzo intensywnej wędzonki. Raczej nie powinno się od niego zaczynać przygody z piwami wędzonymi, może być trochę zbyt intensywne, a to nie pozwoli w pełni go docenić - dla każdego miłośnika tego gatunku jednak będzie to wspaniałe przeżycie. Tak jak mówiłem, dostępność jest niestety bardzo kiepska - jeśli tylko zobaczę znowu na półce, to zgarnę z niej tyle, ile uniosę (choć wątpliwe, by trafiło się więcej niż jedno) i pobawię z leżakowaniem tego niesamowitego trunku.


8. Brouwerij van Steenberge: Gulden Draak (9,56/10)

A oto i drugie z tych dwóch belgijskich piw z mojej młodości. Gulden Draak powalił mnie jeszcze odrobinę bardziej niż Tripel i również tutaj minimalnie go wyprzedził. Po tamtej przygodzie sądziłem, że niczego lepszego już w życiu nie spróbuję. Pomyliłem się, ale nie bardzo. To piwo, zaliczane do znamienitego gatunku belgijskich ciemnych mocnych ale (choć jest jak na ten styl dość jasne), jest nieco bardziej ekstremalne - przekracza wszak dziesięć procent alkoholu, chociaż ukrywa go niesamowicie. Może służyć za kolejny stopień wtajemniczenia, jeśli już naszemu hipotetycznemu znajomemu spodoba się Tripel Karmeliet. To już nie jest piwo na każdą okazję - zdecydowanie nie służy do orzeźwiania, to raczej typ powoli sączonego trunku w długi, spokojny wieczór (choć jeśli kupimy małą, a nie dużą butelkę, to aż tak długo to nie potrwa - jak na swoją moc jest bardzo przystępne i gładkie). Nabywanie go wygląda podobnie jak w przypadku Tripel Karmeliet, chociaż chyba pojawia się w sklepach trochę częściej - w najbliższym mi sklepie specjalistycznym jest chyba nawet praktycznie na stałym wyposażeniu. I znacznie łatwiej je rozpoznać po jedynej w swoim rodzaju białej, plastikowej etykiecie. Nie pomylić tylko z jego młodszym bratem, quadruplem w czarnej obudowie - moim zdaniem bez porównania gorszy produkt.


7. BrewDog: Tactical Nuclear Penguin (9,595/10)

Zdecydowanie najdziwniejsze, najbardziej ekstremalne i najdroższe piwo z tego rankingu, a być może we wszystkich kategoriach zwyciężyłoby również w ogóle spośród wszystkich piw, jakie piłem. Wydawało mi się, że Pingwin to przede wszystkim otoczka i wariactwo, dopóki go nie spróbowałem. Ale po kolei - zaczyna się przede wszystkim od koncepcji: 32% alkoholu to fakt, który po prostu nie potrzebuje uzasadnienia swej osobliwości; do tego dochodzi jeszcze maturacja w beczkach po szkockiej whisky. Następnie mamy opakowanie - butelka zapakowana w coś, co okazuje się papierową torbą z symbolicznym rysunkiem pingwina, w środku piękne szkło z korkiem i połyskującą etykietą, a do tego genialny i jakże potrzebny korek rozporowy. I do tego momentu traktowałem to piwo jako ciekawostkę, ale smak powalił mnie swoją intensywnością i skomplikowaniem oraz niezwykłym ukryciem alkoholu - nie czuć 32%, a spokojnie nawet z 10 punktów procentowych mniej. To niemal najdoskonalszy w smaku stout imperialny (bardzo imperialny), jaki piłem - po raz kolejny BrewDog w dużej mierze wygrał sprawę nutami orzechowymi. Jak Gulden Draak to piwo, którym można się cieszyć przez cały wieczór, tak butelką Pingwina - nawet cały rok, co jakiś czas popijając niewielkie ilości (ewentualnie nacieszyć przez cały wieczór siebie i grupę znajomych). I patrząc na to, dwieście pięćdziesiąt złotych, które trzeba na tę ekstrawagancję poświęcić, aż tak już nie szokuje, choć i nie wywołuje radości - radzę nie decydować się na zakup w zbyt wczesnej fazie zainteresowania piwem. Wymaga ono już trochę wyrobienia sobie miłości do ekstremalnych piw, zwłaszcza stoutów imperialnych - mogą przecież komuś w ogóle nie smakować, więc warto najpierw dowiedzieć się czegoś o nich na tańszych i słabszych egzemplarzach. Jeśli już się jednak zdecydujemy je poznać, to szansa, że trafimy na nie w jakimś polskim sklepie, wchodząc do niego w dowolnym momencie, jest bliska zeru (acz bywa i tak). Żeby je dostać, najlepiej chyba poprosić o ściągnięcie na nazwisko w jakimś bardzo dobrym sklepie specjalistycznym.


6. Pinta (Browar na Jurze): Imperator Bałtycki (9,64/10)

W końcu polski akcent i jedyny czysto polski akcent w tej elitarnej dziesiątce; również jedyne piwo dolnej fermentacji. Ten tryumf był z kolei jednym z najbardziej spodziewanych przed degustacją, z jakimi się spotkałem. Kiedy Pinta, zdecydowanie najwybitniejszy browar kontraktowy w Polsce, ogłosiła na jesieni 2013 roku, że uzyskała gęstość brzeczki wskazującą jednoznacznie na piwo bardzo mocne, zapanowała atmosfera euforii. Pierwszy raz zapowiadało się szeroko dostępne polskie piwo w jakimś ciężkim, dostojnym stylu. Druga fala radości nastąpiła, kiedy Pinta podała styl - imperialny porter bałtycki, czyli mocny porter bałtycki solidnie chmielony amerykańskim chmielem. A trzeci wybuch szczęścia miał miejsce zaraz po premierze, bo piwo okazało się genialne, również według mnie i do tej pory pozostaje najlepszym uwarzonym w Polsce trunkiem, jaki piłem. W okolicach premiery doszło do miażdżącej przewagi popytu nad podażą - sklepy często racjonowały i tak małe już butelki, jednemu klientowi nie sprzedając więcej niż jednej-dwóch, by jak najwięcej osób mogło spróbować: i tak wielu obeszło się smakiem, w popularnych miejscach cały zapas rozchodził się dosłownie w pół godziny. Na porządku dziennym były też imienne rezerwacje. Wyśmienity hołd dla perły polskiego piwowarstwa tradycyjnego w rewolucyjnym stylu. Z pewnością będzie się regularnie, ale niekoniecznie często pojawiać na półkach sklepów specjalistycznych - warto obserwować sytuację, jeśli chce się je zdobyć, bo popyt ciągle jest duży, wiele osób kupuje jak najwięcej, by część poddać leżakowaniu.


5. Redwillow Brewery: Ageless (9,66/10)

Jeśli musiałbym wybrać tylko jeden kraj, z którego - i tylko z niego - do końca życia mógłbym pić piwa, byłaby to prawdopodobnie Anglia. To przede wszystkim kwestia różnorodności stylowej, ilości różnych browarów, a w końcu dobrej średniej próbowanych piw. Wśród najlepszej dziesiątki znalazło się jednak tylko jedno, ale jego obecność pokazuje, na czym polega Anglia. Ot, kolejne imperialne IIPA, kolejny niewielki, nieznany browar z jakiejś mieściny angielskiej do odhaczenia? Otóż nie, zupełnie znienacka olśnienie jednym z dwóch najlepszych piw w tym zacnym stylu, jakie piłem. I jestem pewien, że w tym kraju takich niespodzianek jest cała masa (na parę z nich już się natknąłem, tylko nie aż takiego kalibru, żeby się zmieścić w tej dziesiątce). Przy okazji, poza smakiem bliskim doskonałości, ciekawy dodatek w postaci lekko weizenowego charakteru, być może pochodzącego ze słodu pszenicznego obecnego w zasypie. Jest też bardzo słabe jak na IIPA, a w ogóle nie traci na intensywności. Z drugiej strony to w pewnym sensie piwo o najsłabszej pozycji w tym zestawieniu - wyżej w nim jest bowiem bardzo podobne, a jednak trochę lepsze. Niestety odkąd udało mi się je oraz parę innych piw z Redwillow dostać na wczesnej jesieni 2013 roku, już ich w Polsce więcej nie widziałem, ale pewnie wrócą w końcu do sklepów specjalistycznych - pytanie kiedy.


4. Carlow Brewing & Pinta: Lublin to Dublin (9,69/10)

Drugi polski akcent, a konkretniej irlandzko-polski. Na początku 2014 roku po raz pierwszy polskiemu browarowi rzemieślniczemu udało się uwarzyć kolaboracyjne piwo z zagranicznym podmiotem - po stronie polskiej wystąpiła oczywiście pionierska Pinta, po drugiej irlandzkie Carlow Brewing (na którego terenie piwo powstało). Na styl wzięto stout - różnie to było na początku, ale skończyło się na stoucie owsianym. Wcześniej piłem już dwa stouty z Carlow i były rewelacyjne, więc oczekiwania miałem spore, ale i tak efekt je przerósł. Uwielbiam wszystkie style piwne, nie spotkałem i już nie spotkam raczej takiego, od którego bym stronił (wyjątkiem jest international/eurolager, ale to nie tyle styl, co bardziej nieudany jasny lager). Są jednak naturalnie takie, które uwielbiam trochę bardziej. Ciężko mi wskazać coś mocno zawężonego, ale jeśli chodzi o całe rodziny stylów (takie, wedle których grupuję tagi), to walka toczyłaby się bez wątpienia między stoutami a belgijskimi ale'ami - przy czym walka to trochę niesprawiedliwa, bo to drugie określenie obejmuje większą i znacznie bardziej różnorodną grupę gatunków - stoutom należy się więc podwójny aplauz za znalezienie się na szczycie. A mówię o tym dlatego, że w tym kolaboracyjnym produkcie odnalazłem kwintesencję stoutu. Lepszego nie piłem, to oczywiste, ale też nie piłem bardziej reprezentatywnego dla tej grupy piw. Lublin to Dublin zawiera wszystko, co w poszczególnych stoutach najlepsze: lekkość i pijalność dry stoutów, pełnię palonego smaku Foreign Extra Stoutów, kremową słodycz stoutów mlecznych, solidną, chmielową goryczkę stoutów amerykańskich, złożoność stoutów imperialnych i w końcu przyjemną aksamitność stoutu owsianego, którym jest. Jako że Pinta od dłuższego już czasu pojawia się nie tylko w sklepach specjalistycznych, to można na to piwo trafić w różnych miejscach - najlepiej jednak skierować się do tego pierwszego. Przyszłość tego piwa, w tym częstotliwość warzenia, pozostaje jednak na razie zagadką z oczywistych względów. Póki co nie jest źle - na jednej warce się nie skończyło, oby nie kończyło się w ogóle.


3. BrewDog & Mikkeller: I Hardcore You (9,76/10)

To kolejne piwo kolaboracyjne, ale w zdecydowanie odmiennym sensie niż Lublin to Dublin. Mikkeller i BrewDog nie uwarzyły razem piwa, a... zmieszały ze sobą dwa już uwarzone i będące w sprzedaży imperialne India Pale Ale. Proceder jest to w piwowarstwie bardzo rzadki - jak dotąd piłem w życiu tylko dwa takie blendy, drugi zresztą również z BrewDoga i Mikkellera. Szkoci dali od siebie swoje Hardcore IPA (które, co ciekawe, piłem i nie zrobiło na mnie jak na ten styl zbyt dużego wrażenia), a Duńczycy I Beat You (nie miałem przyjemności, ale poszukuję). Na zmieszaniu się nie skończyło, ale i wiele już nie dodano - piwo zostało jeszcze tylko dochmielone na zimno. Efektem okazało się coś, co postrzegam jako idealne w smaku i zapachu imperialne IPA (naprawdę nie wyobrażam sobie, by wejść na wyższy poziom), w moim odczuciu opus magnum piwowarstwa rewolucyjnego/rzemieślniczego i w końcu gigantyczny pomnik, zbudowany w hołdzie dla amerykańskiego chmielu. Na stronie BrewDoga w broszurze tego piwa znajduje się informacja o limitowanym czasie jego dostępności - mam nadzieję, że po prostu myśleli, że tak będzie, kiedy po raz pierwszy je stworzyli w 2010 roku i zapomnieli usunąć tę wzmiankę. Póki co piwo pojawia się co jakiś czas na półkach sklepów specjalistycznych. Miejmy nadzieję, że BrewDog się nie pokłóci z Mikkellerem.


2. Port Brewing Company: Board Meeting (9,87/10)

Piwo, które sprawiło, że musiałem zacząć traktować Stany Zjednoczone jako poważnego kandydata na najlepszy piwny kraj na świecie. Do tej pory USA mnie nie zachwycało na miarę swojej renomy wśród beer geeków, ale w końcu nadszedł ten moment. To imperialne amerykańskie brązowe ale z dodatkiem kawy i ziaren kakaa. Efekt smakowy to w zasadzie doskonałość, a że również pozostałe parametry były na znakomitym poziomie, to ląduje na drugim miejscu. Na pierwszy rzut oka można posądzić Port Brewing o tworzenie wariacji na temat stoutu imperialnego i nazywanie go wymyślną nazwą stylu, ale to nie to - piwo naprawdę reprezentuje brązowe ale, tylko po prostu mocniejsze. Niesamowita rewia wszelkich nut melanoidynowych, doskonały balans słodyczy i goryczki, naprawdę niezwykle wysoka różnych wyczuwalnych smaków i zapachów; być może pod względem zapachu, smaku i tekstury lepszego brown ale w życiu już nie wypiję, a i o równie dobre będzie bardzo, bardzo ciężko. Przy niebywałej intensywności doznań, jakie niesie, nie jest też przesadnie wymagające, więc można dać je komuś niedoświadczonemu. A skąd je wziąć? Wyłącznie ze sklepów specjalistycznych i to raczej tych wysokich lotów. Na szczęście Port Brewing ma je w swojej ofercie całorocznej, nie ma więc raczej obawy, że w najbliższym czasie nie będzie żadnej możliwości dostania go w Polsce.


1. Bières de Chimay: Chimay Bleue (9,925/10)

Na samym końcu tej pięknej drogi przez moje najlepsze wspomnienia zabrakło mi oryginalności. Niebieskie Chimay to trunek, który zna każdy szanujący się miłośnik piwa z pewnym podstawowym doświadczeniem. To jeszcze jedno piwo belgijskie, ale już ikona wagi ciężkiej - jedno z najbardziej kultowych piw z tego kraju i w ogóle na całym świecie. Kwintesencja tej sfery piwowarstwa, która fascynuje mnie chyba najbardziej - piwowarstwa trapistów. Chimay Bleue to belgijskie ciemne mocne ale podobnie jak Gulden Draak, ale o mniej owocowym, a bardziej powiązanym z ciemnym słodem profilu, przez co obowiązkiem jest spróbowanie obydwu. Cóż tu dużo pisać, to trzeba spróbować - doskonały aromat, smak, a nawet tekstura. Podkreślić wypada triumf piwowarstwa tradycyjnego, które przynajmniej w mojej ocenie w punkcie kulminacyjnym nie dało się ofercie rewolucjonistów - wszystko co prawda przede mną, ale ciężko już będzie na zmiany na szczycie. Przebicie jego oceny może cudem nie będzie, ale na pewno z nim graniczy. Szczęśliwie jest to najlepiej dostępne piwo z tej dziesiątki - jest chyba stałym wyposażeniem Piotra i Pawła czy innych delikatesów, o sklepach specjalistycznych nie wspominając.

sobota, 28 czerwca 2014

7 Stern: Prager Dunkles

No więc jedziemy z pierwszym z trzech piw, które przywiozłem z Wiednia. Na początek powrócę myślami nie tylko do stolicy Austrii, ale i do Pragi, jak widać po nazwie piwa. Piwo, jak się domyślam, zainspirowane jest flekowskim ciemniakiem, najsłynniejszym praskim piwem, które w lutym miałem okazję i przyjemność pić. Jeśli będzie na jego poziomie, to fajnie, ale chętnie coś lepszego przyjmę.

Informacje ogólne:
Piwo: Prager Dunkles
Kraj: Austria
Land: Wiedeń
Miasto: Wiedeń
Browar: 7 Stern Bräu
Produkowane od: brak danych
Styl: tmavé
Alkohol: 4,4%
Ekstrakt: 12,1%
Objętość: 500 ml

Opakowanie
Etykieta nie powala, ale jak na piwo restauracyjne "na wynos" jest zupełnie dobra. Przedstawia symbolem Pragi raczej niebędący, ale przyprawiający o zachwyt, którego ja i moja dziewczyna prędko nie zapomnimy, barokowy kościół świętego Mikołaja. Ekstrakt podany, data ważności podana, także wszystko gra. Kapsel goły, no ale można wybaczyć.
7/10  
Barwa
Z pozoru czarne, pod światłem staje się zupełnie miedziane, nawet przedzierają się ciemnobursztynowe prześwity; świetna jest ta różnorodność, piękne. 
5/5

Piana
Bardzo obfita i gęsta, jasnobeżowa, do tego bardzo, choć nie doskonale trwała. 
4,5/5

Zapach
Bardzo słodki, trochę diacetylowy; dominuje zdecydowanie karmel, trochę nut melanoidynowych, chlebowych; bardzo łagodny, byłby w miarę ładny, ale jest za bardzo przykryty tym diacetylem, zbyt mdły, zbyt rozmazany. 
5/10

Smak
Zdecydowanie lepiej jest tutaj, obok karmelowej słodyczy staje również wytrawna paloność, a akcenty chlebowe rozwijają się; dalej jest strasznie łagodne (to jeszcze nie wada) i dalej minimalnie zbyt mdłe, ale całkiem smaczne i przyjemne; szczęśliwie diacetyl znika w ustach niemal całkowicie; bardzo sympatyczne, choć niczego nie urywa. 
8/10

Tekstura
Problemem jest trochę za niskie wysycenie, które mogłoby się przy wyższym natężeniu przeciwstawić mdłości.
2/5

6.0/10
 
No przyjemne piwo, ale nie chodziłbym po nie nawet do sklepu za rogiem, a co dopiero do Wiednia. Flekowskie ciemne na pewno bardziej mi smakowało, choć może nie miażdżąco bardziej. Ciekawy styl ten dunkel - w tym od Tuchera, próbowanym w październiku, również wystąpiła bardzo duża różnica między smakiem a zapachem - tyle że to smak był do niczego.

czwartek, 26 czerwca 2014

Revelation Cat (Ramsgate): Intergalactica

To ostatnie piwo z Revelation Cat na trochę dłuższy czas. Po ostatnim gigantycznym rozczarowaniu mam nadzieję na rehabilitację, ale już powoli tracę wiarę w ten browar, to znaczy wiarę w jego wielkość. Dziś fuzja raczej zupełnie odrębnych stylów, tripla i koźlaka, brzmi ryzykownie, ale często z takich dziwnych zestawień wychodzą piwa bardzo dobre i ciekawe.

Informacje ogólne:
Piwo: Intergalactica
Kraj: Wielka Brytania (Anglia) - warzone przez włoski browar kontraktowy
Region: South East England
Miasto: Ramsgate
Browar: Ramsgate Brewery (Revelation Cat)
Produkowane od: 2012
Styl: koźlak belgijski
Alkohol: 8%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 330 ml

Opakowanie
Standardowy krój etykiety dla piw RC uwarzonych w Anglii. Etykieta informuje nas, że ma być bardzo słodki i niezbyt gorzko. Nie wiem, czy to zamierzone, bo nazwy piw Kota są często chyba przypadkowe, ale tutaj nazwa bardzo pasuje do stylu, a raczej fuzji stylów. Nie wiedzieć czemu, obeszło się bez firmowego kapsla.
8,5/10 
 
Barwa
Bardzo ładne, brązowe oblicze, delikatnie wpadające w miedź, pod mocnym światłem piękne, rubinowe prześwity; wydaje się dość mocno zmętnione. 
4,5/5

Piana
Niezbyt obfita, ale bardzo gęsta, kremowa, utrzymuje się jakiś czas na powierzchni, po czym zostaje po niej sam pierścień.
3/5

Zapach
Połączenie bardzo słodkich, koźlakowych nut karmelowych z całą gamą kwaśnych owoców na czele z jabłkami i śliwkami, trochę drewna cedrowego, w tle nieśmiało czają się belgijskie drożdże; nie rzuca na ziemię, ale bardzo ładny i intensywny, nie chce się przestać go wchłaniać.
8,5/10

Smak
Niemal równie przyjemnie, trochę więcej do powiedzenia mają drożdże belgijskie, ale ciągle jest to przede wszystkim koźlak; jeszcze bardziej zwiększa się rola słodowości, która z karmelu przechodzi wprost w czekoladę, jest nawet odrobinę za słodko w obliczu niewielkiej kontry goryczkowej, ale ciągle bardzo miło; jabłka z zapachu ogłaszają odwrót, z owoców zostają już tylko suszone śliwki i rodzynki; pojawia się zbyt wyrazista nuta alkoholowa; życzyłbym sobie więcej tej obiecanej triplowości. 
8/10

Tekstura
Wysycenie jest idealne, a tekstura przyjemnie gęsta - może odrobinę za bardzo.
4,5/5

7.0/10

Niestety kolejne bardzo dobre piwo, które niczym więcej nie jest. Tak samo jak z poprzednimi dwoma koźlakami, ale tutaj oczekiwania były większe, liczyłem na dużo ciekawszą fuzję. Mimo bezwzględnie wysokiej oceny coraz bardziej rozczarowuję się Revelation Catem. Na pewno jeszcze zrecenzuję przynajmniej trzy ich piwa, bo już je dawno kupiłem, ale muszą poczekać na swoją kolej co najmniej do sierpnia.

środa, 25 czerwca 2014

Podróże: Wiedeń, czyli piwo na stołach Habsburgów

Trochę szybciej niż sądziłem piszę już trzeci odcinek serii Podróży. Tym razem udaję się do Wiednia, by sprawdzić, czy kultura piwna w mieście Franza Josepha, Klimta i najlepszych filharmoników świata ma rację bytu i jak dużą. Staje się to jednocześnie pytaniem o popularność piwa w całej Austrii, jeśli popatrzymy po pierwsze na to, jak mocno stolica Austrii wyróżnia się na tle całego kraju we wszystkich aspektach, po drugie na bazę danych ratebeer.com, w której na oko prawie połowa miejsc austriackich znajduje się w Wiedniu, sporo jeszcze (choć dużo mniej) w Salzburgu, a reszta jest kompletnie rozdrobniona na cały kraj; a po trzecie na fakt, że Wiedeń jako jedno z dosłownie kilku miast na świecie dorobił się własnego, osobnego stylu piwa - inna i smutna sprawa, że obecnie warzy się go chyba tylko poza nim (niedawno w każdym razie tak było, mogło coś się pozmieniać w ostatnich burzliwych latach). Jako że Wiedeń ma do zaoferowania nieprawdopodobnie wiele wrażeń, jeśli chodzi o klasyczną turystykę, na piwo nie miałem za dużo czasu, więc kierując się rankingiem ratebeeru postanowiłem odwiedzić dwa najlepsze miejsca, jednocześnie browary restauracyjne. Ranking ów zdaje się mówić, że w Wiedniu są właśnie te dwa owe miejsca i cała mało znacząca reszta. Kładą one na łopatki wszystkie inne zarówno liczbą recenzji, jak i ocenami.

Zacząłem od browaru restauracyjnego na szczycie listy, według ratebeeru najlepszego browaru w ogóle w Austrii. 1516 Brewing Company mieści się w centrum miasta, góra pięć minut drogi piechotą od Stephansplatz, zajmuje parter i pierwsze piętro budynku, który browaru na myśl nie przywodzi i bez szyldów byłby kolejnym typowym dziewiętnastowiecznym gmachem wiedeńskiego centrum. Ogródek zdradza, że zapowiedzi z sieci nie były bezpodstawne i o miejsce może tu być ciężko. Na parterze znajduje się zadymiony i zaciemniony bardzo pub, który utrzymuje atmosferę sportowo-hardrockowej mordowni i kojarzy mi się raczej z lejącymi się strumieniami Żywcami i Lechami niż z dobrym piwem. Po zręcznym ominięciu tej części udać się można na górę, gdzie można już coś zjeść. Tam nie jest już aż tak gęsto, ale w dalszym ciągu hałas, wrzawa i ruch są niebywałe; nie ma jednak na szczęście dymu papierosowego. Wystrój odrobinę mniej mroczny, ale w dalszym ciągu młodzieżowy, nowoczesny, pubowy. Na pewno wiele osób go pokocha, ja co najwyżej zniosłem - jeśli już hałas, to w wydaniu bawarskim. Warunki niemal skrajnie niedegustacyjne, ale udało mi się coś wynieść - niestety nie dosłownie, wcześniej dowiedziałem się, że nie butelkują.
Brak piwa w butelkach rekompensuje (prawie) możliwość zamówienia porcji, a w zasadzie próbki piwa w ilości zaledwie stu mililitrów - rewelacyjna sprawa, której brakuje mi zawsze w browarach restauracyjnych, oferujących wiele piw; dzięki takiemu rozwiązaniu można spróbować kilku różnych propozycji i nawet nie poczuć działania alkoholu, nie mówiąc o oszczędnościach. W rozmiarze próbek zamówiłem pszeniczne ale doprawione chmielem cascade oraz amerykańskie IPA, a w trochę większym rozmiarze (0,25 litra) stout owsiany. To pierwsze było świetne, w przyjemny sposób łączyło cechy weizenowe z owocowo-żywicznym aromatem cascade; bardzo orzeźwiające i pijalne, od razu przypomniało mi się niedawno pity American Weizen z Doctora Brew, który chyba miał tak smakować, ale zupełnie mu nie wyszło. IPA powaliło malinowo-melonowym zapachem, ale w smaku pojawiło się trochę za dużo diacetylu, a goryczka też mogłaby być większa. Najlepszy był chyba stout, w zapachu bardzo intensywnie atakował słodem palonym, bardzo mocno palonym, w smaku aksamitny, nieco czekoladowy, pełny - zabrakło mu tylko wysycenie, miał za to naprawdę tytaniczną pianę, która nie chciała opaść, mimo że delektowałem się nim przez całą kolację.
Co do kolacji, wziąłem bardzo dobrą i bardzo gęstą włoską zupę pomidorową z kawałkami mozzarelli i żeberka, z których podobno lokal słynie. Tu niestety nastąpił zawód - być może zbyt głęboko utkwiły mi genialne żeberka z Pragi i za wysoko zawiesiłem poprzeczkę. Ilościowo faktycznie powaliły, ale smakowały jak zwyczajne żeberka, nic specjalnego ani ciekawego - średnie były też zaserwowane do nich dipy, sałatka i ziemniaki. Choć jak na centrum Wiednia przynajmniej cenowo do przeżycia. Warto jeszcze wspomnieć o świetnym patencie - firmowych podstawkach w formie kartek pocztowych: znaczy się, normalna podstawka, tylko na odwrocie ma miejsce na znaczek i zaadresowanie. Fajne.

Przyszedł i czas na drugie najlepiej oceniane miejsce w Wiedniu i trzeci najlepszy browar w Austrii,  7 Stern Bräu. Trochę dalej od centrum, ale również niedaleko, szczególnie blisko obezwładniającego Kunsthistorisches Museum, w trochę bardziej niepozornej uliczce, od której nazwy - "uliczka siedmiu gwiazd" - wziął browar swoją nazwę. Fasada budynku, w którym się mieści, jest sympatyczna, ale nie powala, a jak na wiedeńskie standardy można by ją śmiało nazwać podupadłą, ale wnętrze jest niesamowicie przyjemne. Przede wszystkim bardzo przestronne, swojskie, browarniane (centralna sala eksponuje miedziane kotły warzelne), o znakomitym wystroju - gdzie nie spojrzeć, tam jakieś tematyczne tabliczki albo świetne gablotki a to z etykietami, a to z podstawkami, a to z opróżnionymi butelkami. Dokładnie tak się buduje klimat, o ile nie jest już zbudowany z góry przez jakąś wielką historyczność miejsca, przynajmniej ja tak to widzę. Byłem za dnia, ogromna przestrzeń była niemal zupełnie pusta i atmosfera nie mogła być jakaś tam obezwładniająca, ale podejrzewam, że wieczorem (większość stolików z rezerwacjami na późniejsze godziny) musi być świetna.
Przechodząc do piwa, browar, podążając za swoją nazwą, warzy siedem różnych piw. Są one, a raczej ich etykiety, przedstawione wszystkie naraz chociażby na firmowych podstawkach browaru. Poza jednym jedynym India Pale Ale 7 Stern warzy albo konserwatywne lagery (jasny, ciemny, marcowe i rauchbier), albo kompletne dziwactwa (piwo z chilli i (osobne) z konopiami). Próbek 0,1 litra jak w 1516 nie podają, więc wziąłem tylko dwa - rauchbiera i IPA. Pierwszy w aromacie zapowiadał rewelację - absolutnie bezkompromisowa, nieco Schlenkerlowa wędzonka - w smaku już aż tak wspaniale jak w Bambergu nie było, ale bardzo, bardzo dobrze. Gorzej z IPA - "egzotyczna" etykieta zasugerowała mi użycie egzotycznych chmieli, niestety trochę się zawiodłem, bo albo ich nie było, albo zdecydowanie za mało. Nawet jak na angielskie IPA nie dało zbyt rady z uwagi na goryczkę jak w zwykłym ale. Satysfakcjonująca za to, nawet bardzo, była podbudowa słodowa, szkoda, że nie doczekała się porządnego nachmielenia. Bardziej niż samo piwo urzekło mnie genialne rozwiązanie browaru co do sprzedaży swoich piw w butelkach - już przy drzwiach rzuca się w oczy automat z butelkami, za pomocą którego można nabyć to co się chce i w ilości dowolnej bez dopytywania się obsługi o taką możliwość i o wybór piw, bez poszukiwań sklepu firmowego, ba, nawet bez wchodzenia do restauracji. W każdym browarze restauracyjnym bym sobie tego życzył. Zakupiłem trzy różne półlitrowe okazy i niedługo, a nawet z racji krótkiego terminu ważności bardzo niedługo zrecenzuję na blogu.
Na koniec oczywiście słowo o jedzeniu. Wiener Schnitzel nie był co prawda sznyclem wiedeńskim, bo zrobiony nie z cielęciny, a wieprzowiny (ale podane jest to do wiadomości w karcie, więc nie ma się co burzyć), a i na polu wieprzowym zdecydowanie ustępował ikonicznemu sznyclowi z Figlmueller, ale był zupełnie satysfakcjonujący (dokładnie takie same odczucia mam względem ichniej kartoffelsalat). Za to tutejsza interpretacja bawarskiego gulaszu z knedlem to czysta poezja - przypomniała mi dwa najlepsze gulasze, jakie w życiu jadłem, z Augustinera w Dreźnie i spod Złotej Kaczki w Salzburgu - myślę, że im nie ustępowała.


Wbrew możliwym pozorom Austria, zwłaszcza wschodnia, to w bardzo wielu aspektach zupełnie inna bajka niż Niemcy, nawet Bawaria. Piwo stoi na czele tych aspektów. Ja widzę sprawę tak: żyjąc w świecie ulokowanym pomiędzy czeską a bawarską kulturą piwną oraz czeskimi i bawarskimi stylami piwa, które to style są raczej proste i niezbyt wykwintne, na pewno dalekie do elegancji belgijskiej, Wiedeńczycy nie mogli wybrać piwnej strony mocy. Czerpanie z Bawarii czy Czech nie pasuje po prostu do ich często nieco nadmiernie wyniosłej elegancji, której wszędzie w Wiedniu pełno - i tak zdecydowali się pójść w wino, z którym do twarzy im idealnie, nie da się ukryć. Jak to podsumować? Prosto: miłośnicy piwa w Wiedniu nie zginą, a nawet spędzą pobyt bardzo przyjemnie, ale po samo piwo chyba nie ma sensu tu przyjeżdżać.