niedziela, 13 grudnia 2015

Smuttynose: Baltic Porter

Zupełnie przypadkiem sięgnąłem w sklepie po piwo, które dzierży czwarte miejsce w rankingu wszystkich na świecie porterów bałtyckich na ratebeerze. To zaszczytne miejsce wypracował sobie amerykański browar Smuttynose Brewing, w dodatku nie z Kaliforni, a z New Hampshire, malutkiego stanu na wschodnim wybrzeżu USA, graniczącego z Kanadą. Browar powstał w 1994 roku w Portsmouth, a ledwie 1,5 roku temu, w czerwcu, przeniósł się po 20 latach do pobliskiego Hampton tuż przy Bostonie. Czuję podniecenie, no bo jak faktycznie jest aż takie dobre, to będzie to piękny wieczór.

Informacje ogólne:
Piwo: Baltic Porter
Kraj: Stany Zjednoczone
Stan: New Hampshire
Miasto: Hampton
Browar: Smuttynose Brewing Company
Styl: porter bałtycki
Alkohol: 9%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 355 ml
Warka: ze stycznia 2015 r.
Cena: 22,50 zł (31,69 zł za 0,5 l)

Opakowanie
Tak bez szału, ale bardzo ładnie. Etykieta zachowuje powagę sytuacji, firmowy kapsel.
7,5/10

 
 
Barwa
Czarne, nieprzejrzyste - kocham czerń, ale od porterów bałtyckich życzę sobie rubinowych prześwitów.
4/5
 
Piana
Tragiczna - nalała się bardzo cienka i w minutę zredukowała do wybitnie cienkiego pierścienia.
0,5/5
 
Zapach
Wybitny - intensywne nuty ciemnego słodu, kierujące się głównie w stronę czekolady, lukrecji, kawy, karmelu, suszonych śliwek; trochę wytrawny jak na porter bałtycki, ale nie ujmuje to nic jego świetności.
8,5/10
 
Smak
Tu się zaczyna prawdziwa impreza; do czekolady, kawy (której udział się zwiększa), suszonych śliwek, karmelu i innych elementów dołączają orzechy laskowe oraz świetny balans słodycz-goryczka, choć podobnie jak w zapachu dość znacząco przesunięty na wytrawną stronę. Trochę jak tort orzechowo-czekoladowy nasączony kawowym likierem. Z czasem słodycz coraz bardziej ogarnia degustującego i można powiedzieć, że jest zarazem bardzo słodkie, jak i nieprzeciętnie gorzkie. Znakomite, wręcz genialne.
9,5/10

Tekstura
Przyjemna gęstość, ciut za mocne wysycenie.
4,5/5

8.5/10

Wybitny bałtyk (nie licząc wrażeń estetycznych), ale czwarte miejsce ze wszystkich na świecie? Chyba nie. I mam nawet pomysł, dlaczego dzierży to miejsce - bardzo mocno skręca w stronę RISa (w ciemno prawdopodobnie zakwalifikowałbym go nawet jako RISa), a stouty imperialne są bez porównania bardziej hołubione od porterów bałtyckich, zwłaszcza na ratebeerze. Polecam tylko poszukiwaczom nowości - jak chcecie wybitne piwo, które bez wątpienia zasługuje na miano porteru bałtyckiego, to jak zwykle radzę przetrzepać krajowe podwórko. A jak wybitnego RISa, to są lepsze za tę cenę.

czwartek, 10 grudnia 2015

Cantillon: Grand Cru Bruocsella

Ze słynnego Brasserie Cantillon - nawiasem mówiąc, położonego na peryferiach równie słynnej ostatnio dzielnicy muzułmańskiej w Brukseli - przywiozłem sobie dwa piwa, których w Polsce nigdy nie widziałem. Ledwo wróciłem i zaszedłem do sklepu z piwem, a jedno z nich już tam stało. To właśnie to - przeleżane 3 lata w beczkach Grand Cru Bruocsella bez domieszki młodego piwa. Będzie to pierwszy w moim życiu czysty lambik, czuję się mocno podekscytowany.

Informacje ogólne:
Piwo: Grand Cru Bruocsella
Kraj: Belgia
Miasto: Bruksela
Browar: Brasserie Cantillon
Styl: lambik niemieszany
Alkohol: 5%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 750 ml
Warka: zabutelkowana 21 sierpnia 2015 roku
Cena: brak danych

Opakowanie
Cantillonowy standard, tylko w dużym formacie. Subtelność i elegancja. Na etykiecie ratusz w Brukseli - bardzo możliwe, że najpiękniejszy ratusz na całym świecie.
8,5/10


 
Barwa
Złote, na w pół zmętnione - takie trochę niemrawe i czymś tam zanieczyszczone.
2/5

Piana
Praktycznie brak.
0/5

Zapach
Ostry, wiejski zapach lambika; końska derka, beczka po kapuście, naturalnie sporo dębu, który wprowadza tu słodycz i trochę przełamuje kwas; nuty dzikie są tak dzikie, że przechodzą w pieprzność. Świetny, acz nie wybitny aromat.
8,5/10

Smak
Zaskakująco stonowany; bardzo szlachetny, czuć te trzy lata w beczkach, w smaku dąb jeszcze zwiększa swój udział ze stratą dla nut dzikich, które tu są jakby mniej nieokiełznane, bardziej eleganckie; kwaśność jest niemała, ale nie jak na lambika, jest też bardzo krótka. Bardzo dobre, dystyngowane piwo, ale liczyłem na więcej. 
8/10

Tekstura
Gazu po prostu zero - nie stanowi to w tym intensywnym piwie jakiejś tragedii, ale bardzo przydałoby się chociaż takie śladowe. 
1,5/5

7.0/10

No trochę rozczarowanie. Znaczy no, bardzo dobry lambik, ale piłem bardzo dużo lepszych i niemało bardziej ekstremalnych, a również bardziej "dębowo dostojnych". Gdyby nie to, że nie da się u nas dostać czystego lambika (no, teraz się już da), to nie warto byłoby tego piwa taszczyć z Brukseli.

wtorek, 8 grudnia 2015

Lvivska Pivovarnya (Carlsberg Ukraine): Lvivske Svitle

Dzięki niezwykłej uprzejmości kolegi (dzięki, Bartku!), mam okazję spróbować dwóch piw uwarzonych we Lwowie. Będą to prawdopodobnie dwa korpolagery, ale i tak cieszę się, że dodam sobie to miasto do statystyk. No i w ogóle dodam sobie Ukrainę - nie miałem do tej pory ochoty rzucać się na dostępne u nas Obolonie (nie wiem nawet, czy są aby jeszcze dostępne, sięgnąłem po jednego lata temu i do tej pory jest to jedyne piwo z Ukrainy, jakie piłem) i ponad sześćset piw musiałem zrecenzować, żeby w końcu opisać coś zza wschodniej granicy. Lvivske Svitle to lekki jasny lager z browaru założonego podobno przez mnichów w 1715 roku, który w wieku XIX był jednym z trzech największych w Austro-Węgrach (informacje Carlsberga, brałbym je z przymrużonym okiem). W 1999 dostał się w łapy Carlsberga. 

Informacje ogólne:
Piwo: Lvivske Svitle
Kraj: Ukraina
Obwód: Lwowski
Miasto: Lwów
Browar: Lvivska Pivovarnya (Carlsberg Ukraine)
Styl: jasny lager
Alkohol: 4,5%
Ekstrakt: 10,7%
Objętość: 500 ml
Warka: z 3 września 2015 r.
Cena: brak danych

Opakowanie
Fatalnie archaiczna etykieta, kolorystyką i szablonem przywodząca na myśl piwa z dyskontów. Merytorycznie nie sposób ocenić, bo jeszcze nie posiadłem znajomości odczytywania cyrylicy, a nie ma tu ani jednego słowa w innym alfabecie. Polepsza natomiast sprawę całkiem ładny kapsel i mała grawerka.
4/10

Barwa
Stuprocentowo klarowne, jasne złoto; w porządku.
3/5
 
Piana
Obfita, niezbyt gęsta, acz przyzwoicie; nie utrzymuje się za długo na całej powierzchni, wkrótce spada do zera.
2/5

Zapach
Zaskakująco intensywny jak na styl, zdecydowanie ukierunkowany na słód i to całkiem ładny, może tak minimalnie kartonowy, ale to na granicy sugestii; do tego szczypta raczej zwietrzałego chmielu gdzieś w tle. Czysty, tylko trochę za słodki, nudny, ale całkiem w porządku, przynajmniej najpierw, z czasem coraz bardziej się "starzeje".
4,5/10
 
Smak
Poza uderzeniem metalem, które na szczęście bardzo szybko się wyciszyło i pozwoliło cieszyć się nawet niezłymi, mącznymi, jasnosłodowymi nutami finiszu, połączonymi z symboliczną goryczką, jest to naprawdę niezłe piwo. Odczucie słodowości jest w miarę przyjemne, może za słodkie, ale nieporównywalnie lepsze od typowego dla eurolagerów - właściwie byłoby obraźliwe nazwać to piwo eurolagerem, bardziej podpada pod (średnio udanego) monachijskiego hellesa, no solidne jest naprawdę, choć na pewno nic więcej niż solidne.
5,5/10

Tekstura
Przykłada rękę do sukcesu - idealne, wyważone wysycenie.
5/5

5.0/10

O, a tego się nie spodziewałem. Jeśli to w ogóle jest korpolager, to chyba najlepszy, jakiego piłem - ale raczej nie powinno się go tak nazywać, jest zbyt pełny smaku i to tego normalnego, uczciwie słodowego, nie jakiejś ściery czy kartonu. Naprawdę przyzwoite piwo, oczywiście nie do powtórzenia, ale gdyby czymś takim zastąpić u nas w knajpach Żywce (te zwykłe), Tyskie i inne pomyje, to byłaby Polska zdecydowanie lepszym miejscem.

niedziela, 6 grudnia 2015

BrewDog: Hello My Name Is Holy Moose

Piąte już piwo (piąte, z którym się spotykam) z serii Hello My Name Is przełamało schemat - do tej pory były to same imperialne IPA z prawie niewyczuwalnym dodatkiem okołojagodowych owoców. Świętego Łosia, "dla uczczenia krajów nordyckich", Szkoci uwarzyli jako IPA zdecydowanie nieimperialne, a w dodatku, jak się okazało, z bardzo dużym udziałem w smaku czterech różnych owoców - na tyle dużym, że pokusiłem się je zakwalifikować jako owocowe IPA.

Informacje ogólne:
Piwo: Hello My Name Is Holy Moose
Kraj: Wielka Brytania (Szkocja)
Hrabstwo: Aberdeenshire
Miasto: Ellon
Browar: BrewDog
Styl: owocowe India Pale Ale
Dodatki: borówki amerykańskie, rokitnik, borówki brusznice i maliny moroszki
Alkohol: 5,5%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 330 ml
Warka: do 20.08.2016 r.
Cena: 17,70 zł (26,82 zł za 0,5 l)

Opakowanie
Lubię łosie, acz ta dziwaczna etykieta nie będzie mi się śnić po nocach. Fajna raczej niż bardzo dobra. W tekście na etykiecie gadka o udziałowcach i BrewDogu samym w sobie, nie o tym konkretnym piwie.
7/10 

Barwa
Wyjątkowo ładne - ciemny bursztyn wyraźnie zroszony owocową czerwienią.
4,5/5

Piana
Lekko zaróżowiona, zdradza wpływ owoców; poza tym obfita, dość gęsta i zadowalająco trwała, w porządku.
3/5

Zapach
Bardzo świeży i przyjemny; nowofalowy, cytrusowy chmiel oraz całkiem sporo owoców, trochę kwaskowatych, a trochę słodkich. Powiedziałbym, że borówki, porzeczki, maliny, truskawki - i inne. Naprawdę świetny pomysł, chmiel z owocami znakomicie się tu skomponował, aromat rześki, niesztampowy, może odrobinę za mało intensywny.
8/10
Smak
Można go podzielić na trzy czynniki: chmielowo-owocowa goryczka, owocowa (więcej borówek niż w aromacie, wkracza też odczucie wiśniowe) słodycz i owocowa kwaskowatość. W tej kolejności od najmocniejszego do najsłabszego czynnika. Tym razem nie komponuje się to aż tak znakomicie - któreś owoce (bo chmiel takiego wrażenia nie wywołuje) podszyły goryczkę lekko ściągającą cierpkością - ale dalej bardzo dobrze, a za to zyskuje na intensywności doznań. Dalej niecodzienne - to jednocześnie zdecydowane IPA i jednocześnie udział owoców w bukiecie smakowym jest niemały.
8/10

Tekstura
Ciut za mocne wysycenie.
4,5/5

7.5/10

Imperialne IPA z tej serii były bardzo dobre albo znakomite, ale obiecywane owoce zawsze w nich przepadały. Tu mamy wyjątkowo ciekawy przypadek mariażu nowofalowego India Pale Ale z owocami, w którym owoce mogły sobie poszaleć, a tożsamość IPA nie została przez to zatracona. Oryginalność tego piwa sprawia, że z mniejszym trudem przełyka się zawyżoną w stosunku do jakości cenę.

sobota, 5 grudnia 2015

Baird: Kurofune Porter

Od niemal półtora roku nie sięgnąłem po piwo z żadnego nowego państwa. Niby nic dziwnego, ale te 22 kraje, które pojawiły się na blogu (i to rozdzielając Anglię, Szkocję i Walię) wyglądają bardzo mizernie. Cóż - są miłośnicy piwa, którzy prześcigają się w liczbie państw, z których piwo mieli okazję spróbować, uciekając się często do sporych wysiłków, by zdobyć butelkę z jakiegoś Archipelagu Wysp Pcimia Dolnego. Ja do nich nie należę - fajnie by było mieć w statystykach całą mapę świata, ale szkoda mi czasu i miejsca w żołądku na kolejne korpolagery, względnie wątpliwej jakości stouty i IPA, wolę tysiąc razy wałkować kolejne brytyjskie crafty. Choć piwo warzy się chyba naprawdę wszędzie (nie licząc mikrobów rangi Watykanu), według moich szacunków 99% tego, co w świecie piwa naprawdę godne uwagi, rozgrywa się właśnie w około dwudziestu krajach (a w dodatku 80-90% - w około dziesięciu). Wciąż jednak nie zaliczyłem co najmniej jednego miejsca spośród tej elity - Japonii, która w wielu sprawach robi w Azji za taką ostoję łączności z cywilizacją białego człowieka. Jest tam też ostoją piwowarstwa rzemieślniczego. Piłem już dwa piwa z Japonii w życiu, a były to dwa wstrętne korpolagery - w końcu doleciało do Polski coś przynajmniej na papierze porządnego.

Baird Brewing nie bez powodu ma zupełnie niejapońsko brzmiącą nazwę; ma też bardzo ciekawą historię. Bryan Baird to Amerykanin, który w 1989 roku przyleciał do Japonii i został nauczycielem angielskiego. W 1996 roku, w Tokio, wszedł w związek z Japonką, z którą postanowił założyć browar rzemieślniczy w tym azjatyckim kraju. Polecieli razem do Stanów, by zaczerpnąć wiedzy w szkole piwowarskiej, a w 2000 spełnili marzenia o browarze, przy okazji dokładając do tego pub. Początki były trudne, niekumaci tubylcy narzekali, że piwa są serwowane za ciepłe i mają mało gazu, ale w końcu, z pomocą pieniędzy rodziców Bryana, udało im się przebić i rozrosnąć do tego stopnia, że eksportują piwo do Polski. Szczegółowa historia na stronie browaru (polecam), a teraz to, po co sięgnąłem z bardzo szerokiej oferty - porter, a dokładniej chyba robust porter.

Informacje ogólne:
Piwo: Kurofune Porter
Kraj: Japonia
Region: Chūbu
Miasto: Numazu
Browar: Baird Brewing Co.
Styl: robust porter
Alkohol: 6%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 330 ml
Warka: z 23 kwietnia 2015 r.
Cena: 16,50 zł (25 zł za 0,5 l)

Opakowanie
Malunki na ich etykietach są ładne, co prawda takie bez szału, ale fajny jest sam fakt, że są malunkami i tworzą konsekwentną stylowo serię. Bez ciekawszych informacji, firmowy kapsel.
7,5/10

 
Barwa
Porterowa klasyka - pozornie czarne, pod światłem ładna, brązowa poświata.
4/5
 
Piana
Średnia - bardzo nieobfita, przynajmniej jednak dużo lepiej z gęstością, trwałość też bardzo w porządku.
2,5/5

Zapach
Bardzo ładny aromat ciemnego słodu w charakterze raczej czekoladowym niż palonym, choć na wszystko się miejsce znajdzie - czekolada, kawa, likier, wiśnie w czekoladzie, a na przełamanie lekka kwiatowość. Tak jest w pierwszych minutach. Problemem jest spadająca bardzo szybko intensywność, i to spadająca prawie że do zera. Naprawdę, po paru minutach bardziej wyczuwałem już zapach umytego wodą z kranu shakera niż piwa. Jeszcze się z czymś takim nie spotkałem. Średnia średniarum, bardzo słabo - gdy aromat jeszcze w ogóle jest, to jest bardzo dobry, ale trwa to bardzo krótko, potem zostają takie resztki.
3,5/10
 
Smak
W ustach początkowo dalej urzekają nuty ciemnosłodowe, tu lekko ciastkowe, ale trwa to bardzo krótko - z chwilą przełknięcia wszystko się jakby przerzedza, a finisz ogarnia dziwny, kwaskowaty, niezbyt przyjemny posmak. Podobnie jak w zapachu, po paru łykach bardzo traci na intensywności i robi się coraz bardziej wodniste i bezsmakowe. Nie jest złe, pije się w porządku, smak w przeciwieństwie do zapachu czuć do końca, ale ciężko też nazwać je dobrym - ot, takie neutralne.
5/10

Tekstura
Przynajmniej tu nie da się przyczepić, idealne, nie za mocne wysycenie.
5/5

4.0/10

Ups, niezły falstart. Wybitnie średni trunek; jak na standardy rzemieślnicze kiepski, a jak na swoją cenę - fatalny. Czy to wina browaru, czy tego egzotycznego zjawiska, jakim jest transport refermentującego w butelce, rzemieślniczego piwa z Japonii do Polski - nie wiem. Podejrzewając problemy z tym drugim, wziąłem tylko jedną butelką i niby czuję się zwycięzcą, ale historia tego browaru tak mnie urzekła, że nie wiem, czy nawet tym bardziej nie będę chciał im dać jeszcze jednej szansy.

piątek, 4 grudnia 2015

De Halve Maan: Brugse Bok

Kolejne piwo, które kupiłem w brugijskim browarze, jest trochę konfundujące - browar przedstawia go jako koźlaka, jednocześnie przyznając wprost, że jest to piwo górnej fermentacji. Po recenzjach widzę też, że zachowało się w nim sporo charakteru belgijskiego. Belgijskie ale, koźlak, a może hybryda?

Informacje ogólne:
Piwo: Brugse Bok
Kraj: Belgia
Prowincja: Flandria Zachodnia
Miasto: Brugia
Browar: Brouwerij De Halve Maan
Styl: dubbel
Alkohol: 6,5%
Ekstrakt: 15%
Objętość: 330 ml
Warka: do 07.08.2017 r.
Cena: brak danych

Opakowanie
Brugse Zot w wersji koźlakowej, tzn. tytułowy błazen z rogami. Mniej więcej to samo, ale fajna wariacja.
7/10


 
Barwa
Od jasnego brązu do bursztynu - byłoby przepięknie, gdyby nie zmętnienie. 
3/5
Piana
Świetna - tworzy się wspaniała czapa o może nie idealnej, ale bardzo dobrej gęstości i utrzymuje na całej tafli prawie do końca.
4,5/5
 
Zapach
Jest tu może trochę koźlaka - objawia się to w typowym dla stylu słodowym karmelu, właściwie toffi - acz dużo więcej jednak belgijskiego ale w postaci wyrazistych fenoli od belgijskich drożdży. Tak czy inaczej zapach bardzo przyjemny i intensywny, choć nie obezwładniający. Bardzo dubblowy. Trochę z czasem się przerzedza.
7,5/10
Smak
Tu już zdecydowanie Belgia i dalej mocno przypomina dubbla, tylko trochę słabszego i lżejszego od większości dubbli - przyjemne, karmelowo-czekoladowe nuty słodu, belgijskie drożdże, trochę estrów owocowych, szczypta chmielu na delikatną goryczkę - doprawdy świetne, z bardzo intensywnym i długim finiszem.
8,5/10
 
Tekstura
Przegazowane, ale bez tragedii.
2,5/5

7.0/10

Ta, koźlak, ehe. To jest belgijskie ale, a nawet ośmielę się stwierdzić, że po prostu lekki dubbel. Wręcz wydaje mi się to oczywiste. I bardzo dobry w dodatku, choć ten drugi z De Halve Maan, mocniejszy i oficjalnie nazywany dubblem, był trochę lepszy.

czwartek, 3 grudnia 2015

Amarcord: AMA Mora

Nie bez powodu browar z Apecchio, włoskiego miasteczka położonego niedaleko San Marino - a przede wszystkim niemal równie niedaleko od nadmorskiego Rimini - przyjął wiele mi mówiącą nazwę Amarcord. Założyciele złożyli hołd być może najwybitniejszemu włoskiemu reżyserowi filmowemu, Federico Felliniemu, i jednemu z jego najgłośniejszych filmów o takim właśnie tytule, co nazwa browaru. Akcja filmu toczy się właśnie w Rimini, rodzinnym mieście reżysera. Uwielbiam Felliniego, i choć bardziej sobie cenię "Osiem i pół", "Słodkie życie" i "Noce Cabirii", to ciężko byłoby mi nie dać szansy temu browarowi, zwłaszcza przy tak pięknych butelkach i przy tak ciekawej koncepcji piwa, jak kawowy porter imperialny z kawą Pascucci i cukrem trzcinowym Demerara z Malawi. A, i jak na bardzo mocne piwo z dodatkami z importowanego browaru rzemieślniczego, to ponadto było ujmująco tanie - właściwie jak krajowe.

Informacje ogólne:
Piwo: AMA Mora
Kraj: Włochy
Region: Marche
Miasto: Apecchio
Browar: Birra Amarcord
Styl: kawowy porter imperialny
Dodatki: kawa Pascucci, cukier trzcinowy Demerara z Malawi
Alkohol: 9%
Ekstrakt: 19,5%
Objętość: 355 ml
Warka: do 15.06.2017 r.
Cena: 12,75 zł (17,96 zł za 0,5 l)

Opakowanie
Po raz kolejny napotykam genialnie opakowane włoskie piwo. Zresztą podobny schemat co zwykle - butelka bardzo szeroka w podstawie, ale do szyjki niska, za to z bardzo wąską i długą szyjką. Do tego wspaniała, subtelna grawerka i świetna etykieta. A nie, to nie koniec, jeszcze dokładny skład i podane IBU. Doskonałość, Włosi absolutnie wymiatają, jeśli chodzi o wrażenia estetyczne. Fellini byłby dumny.
10/10 

Barwa
Czarne, ale pod mocnym światłem piękna rubinowa łuna.
4,5/5

Piana
Tworzy się całkiem niezła, ale bardzo szybko na tafli robią się już pierwsze dziury.
2,5/5
 
Zapach
Mariaż kawy i porteru w mniej więcej równych proporcjach; kawa wybitnie przyjemna, kwiatowo-ziemista, jakby bardzo świeża, wręcz rześka; słód dostarcza kontrapunktu słodyczy, czekoladowej, ale i waniliowej - tak, bardzo waniliowy aromat jak na piwo bez wanilii. Kawowo i piwnie, słodko i wytrawnie, przede wszystkim po prostu pięknie, choć jak na tę moc mógłby być bardziej złożony.
9/10
Smak
W dalszym ciągu genialna gra balansów, kawa miesza się z czekoladą, palonym, chce się rzec prażonym słodem i wanilią, karmelem, pojawia się nawet nutka tytoniu; słodycz igra ze stroną wytrawną, a piwo jest wybitnie lekkie i bezinwazyjne jak na swoją moc, nie tracąc przy tym adekwatnej do niej pełni smaku. Bardzo różni się od ociężałych (nie w negatywnym sensie) RISów. Po paru łykach kawa staje się już raczej tylko elementem krajobrazu, któremu na imię piwo - i dobrze. Jedynie palono-chmielowy finisz w końcu traci ten cudowny balans i jest zbyt szorstko wytrawny. Tak czy inaczej, niesamowicie przyjemne i naprawdę niebezpiecznie pijalne piwo.
8,5/10

Tekstura
Ciut za wysokie wysycenie.
4,5/5

8.0/10

Włoski craft nieczęsto zawodzi - świetne piwo. Tylko w przedsionku wybitności, ale za to również za świetną cenę. Bardzo rozsądne korzystanie z kawy - bardzo wyraźna, ale tylko w zapachu miała udział równy z piwem, w smaku wkomponowała się w grę słodu i chmielu, a jednocześnie jej obecność nie przestała być ewidentna. Nie sądzę, żeby to piwo miało dużą konkurencję w swojej kategorii na polskim rynku, więc za tę cenę - nic, tylko brać, tylko jeszcze trzeba gdzieś na nie trafić.

środa, 2 grudnia 2015

Bad Brewer: California Common

Choć piłem już tak wiele, jakiś nowy styl zawsze się jeszcze znajdzie. Jednym z nich jest California Common, bardzo specyficzna odmiana amerykańskiego ale - specyficzna, bo sprzed rewolucji, oparta na tradycyjnych amerykańskich chmielach, bez tego całego szału cytrusów; zasyp gdzieś pomiędzy pale a amber ale, drożdże do lagera, ale fermentacja w temperaturach ale'owych. Ciekaw jestem. Okazję na zapoznanie się z tym stylem daje mi browar nie amerykański, a włoski, z miejscowości pod słynnym Rimini, który warzy zaledwie trzy piwa. Niesamowicie przyzwoita cena jak na zagraniczny craft.

Informacje ogólne:
Piwo: California Common
Kraj: Włochy
Region: Emilia-Romania
Miasto: Riccione
Browar: Bad Brewer
Styl: California Common
Alkohol: 4,5%
Ekstrakt: 10,6%
Objętość: 330 ml
Warka: do 02.08.2016 r.
Cena: 7,50 zł (11,36 zł za 0,5 l)
Opakowanie
Takie bez rewelacji, trochę neutralne, ale zupełnie w porządku, estetyczne, przejrzyste. Ocenę podciąga jeszcze w górę dokładny skład.
7,5/10


 
Barwa
Klasyczne złoto, trochę ulatującego gazu, pełna klarowność, acz trochę średnio zachęcających drobinek wpadło - w porządku.
2,5/5

Piana
Bardzo dobra: obfita, wybitnie gęsta, ładnie oblepia szkło, utrzymuje się prawie do końca.
4,5/5

Zapach
Na pierwszym planie owoce, a przede wszystkim zielone jabłka, trochę drewna, chmielu, gdzieś tam w tle słód - bardzo przyjemny, choć mało widowiskowy.
7,5/10

Smak
Tutaj jest już bardziej klasycznie słodowo, trochę jasnolagerowo, jednocześnie pozostają te owocowo-chmielowe i drewniane nutki z zapachu, te ostatnie kojarzą się mocno z zapachem starej szafy. Lekka (przyjemna) kwaskowatość, lekka goryczka i niestety lekkie żelazo. Bardzo lekkie, proste, stołowe piwo, ale ujmujące w swojej prostocie, w sumie to nawet bardzo ujmujące. Mimo swojej gładkości ma bardzo intensywny i rozbudowany finisz - szkoda tylko tego żelaza.
7,5/10

Tekstura
Nieznacznie za wysokie wysycenie.
4,5/5

7.0/10

Większość młodych i gniewnych miłośników piwa splunie na ten trunek (a Tomek Kopyra na dokładkę jeszcze przydepcze), ja jak zwykle staję w obronie rzetelnych piw niewidowiskowych i stwierdzam, że ten bardzo stonowany styl ma rację bytu. Świetne piwo sesyjne i wcale nie takie nudne, jak się niektórym wydaje - rzadko spotyka się w piwie tak ciekawe nuty drewna i to bez leżakowania w drewnie. Zawsze jest też interesująco, gdy ale nawiązuje dialog z lagerem, a tak się tu zdecydowanie dzieje. Dobre z dużym plusem, a gdyby nie metal, to byłoby bardzo dobre.

wtorek, 1 grudnia 2015

BrewDog: #Mashtag 15

To już trzeci raz, kiedy BrewDog oddaje decyzję swoim fanom, pozwalając im na drodze głosowania wybrać, jakie piwo szkocki browar ma uwarzyć. Pierwszy z #Mashtagów pozostaje jednym z moich ulubionych piw, drugi był znakomitym piwem, więc nie mogłem podarować sobie i trzeciego, mimo że ostatnio BrewDog trochę mnie irytuje piwami niezasługującymi na swoje ceny. Wyjątkowo ciekawa koncepcja, bo ciemne barleywine, czyli coś, czego jeszcze w moim życiu nie grali. W dodatku z laskami wanilii. Clown King, klasyczne amerykańskie barleywine z BrewDoga, było najlepszym, jakie w życiu piłem. Czy to będzie tylko RIS z wymyślną nazwą, czy faktycznie jest coś takiego jak ciemne barleywine?

Informacje ogólne:
Piwo: #Mashtag 15
Kraj: Wielka Brytania (Szkocja)
Hrabstwo: Aberdeenshire
Miasto: Ellon
Browar: BrewDog
Styl: ciemne amerykańskie barleywine
Alkohol: 10%
Ekstrakt: nieznany
Objętość: 330 ml
Warka: do 08.07.2020 r.
Cena: 19,20 zł (29,09 zł za 0,5 l)

Opakowanie
Wolę standard BrewDoga, ale fajna, podoba mi się, nieźle koresponduje z koncepcją piwa.
8,5/10


 
Barwa
Czarne, tutaj nie różni się niczym od RISa.
5/5

Piana
Świetna jak na taką moc, bardzo obfita, kremowo gęsta, pięknie oblepia szkło i utrzymuje się dość długo.
4/5

Zapach
Wspaniały i zdecydowanie jest to BW a nie RIS - ciężkie, esencjonalne nuty słodowe, akcenty czarnego chleba i karmelu, ciemnych i kandyzowanych owoców (jeżyny, śliwki, rodzynki), szczypta nut palonych, a jako kontra słodki, owocowy chmiel amerykański. Genialne połączenie ciężkiej słodowości z rześkim chmielem, symfonia.
9,5/10
Smak
Zachowuje mniej więcej wszystko z aromatu, acz znacznie zwiększa się udział nut palonych i już zaczyna nieśmiało korespondować ze stoutem imperialnym, wciąż pozostając przede wszystkim barleywine'em. Trochę na tło odchodzi chmiel, odczuwalny już głównie w goryczce. Nie powala aż tak jak zapach, ale w dalszym ciągu jest to świetne, esencjonalne, bogate piwo. Jest jednocześnie bardzo lekkie jak na swoją moc.
8,5/10

Tekstura
Trochę za lekka, nieadekwatnie do smaku - przydałoby się podbić wysycenie, a jeszcze lepiej gęstość.
3/5

7.5/10

Seria #Mashtag nie zawodzi. Może po stylu barleywine mogłem spodziewać się trochę więcej, ale jestem na granicy pełnej satysfakcji. I faktycznie jest to barleywine - nawiązało pewien dialog ze światem stoutów imperialnych, ale powiedzmy, że ma się do nich tak, jak ciemne IPA do stoutów amerykańskich. No, może trochę bardziej się do nich ma. Oryginalne, świetne i nie takie drogie, polecam.