To już czwarty wpis z serii Podróże; na pewno nie spodziewałem się, że będzie ich aż tyle tak szybko, ale w tym roku to niemal na pewno ostatni, a ponadto piszę go ze znacznym niedosytem. Znowu muszę bowiem na wstępie zaznaczyć, że piwne wrażenia łapałem mocno w biegu z powodu natłoku zajęć niepiwnych. Trochę mnie już to zaczyna drażnić i będę się powoli przymierzał do jakiejś wyprawy nastawionej mocno na piwa i browary. Ale przejdźmy już do tematu.
Do tej pory prezentowałem relacje z krajów o dość mocno zbliżonej kulturze piwnej: z Czech, Niemiec i Austrii. Tym razem przyszła kolej na coś z innej beczki, Włochy. Jednym z zapewne bardziej zaskakujących faktów o piwie dla ludzi niewtajemniczonych lub wtajemniczonych jeszcze nie tak bardzo jest pozycja Włoch w świecie tego trunku. Wydaje się bowiem - mi się tak przynajmniej wydawało znaczny już czas temu - że w kraju śródziemnomorskim, który w dodatku jest co najmniej drugą potęgą winiarską na świecie po Francji i niesąsiadującym z żadnym krajem o jakiejś niebywale potężnej tradycji piwowarskiej, nie miało prawa rozwinąć się porządne zaplecze browarnicze. Ten tok myślenia wiedzie we właściwym kierunku, jeśli bierzemy pod sąd Hiszpanię, Grecję czy Portugalię, ale o dziwo w przypadku Włoch wiedzie na kompletne manowce. Italia należy bowiem do absolutnej czołówki europejskiego piwowarstwa rzemieślniczego, być może, że ustępując jedynie Wielkiej Brytanii, bezwzględnie rozbijając (przynajmniej rozmachem) taką Polskę. Ja skierowałem swoje kroki w dwa miejsca: do Mediolanu i Bergamo.
Po dotarciu na miejsce zaskoczeniem jest wielkość, a raczej niewielkość tego przybytku tak podobno słynnego i obleganego. Pub nie wyróżnia się za bardzo z zewnątrz (prezentuje się nawet dość obskurnie), a wewnątrz jest bardzo mały - nie zmieści się w nim na siedząco więcej niż trzydzieści osób, co i tak jest niezłym wynikiem jak na powierzchnię - jest ciasno i chaotycznie. Już jakieś pół godziny po otwarciu ruch jest duży i wolę chyba sobie nie wyobrażać, ile się czeka na piwo w późnych godzinach wieczornych. Styl jest nieco spelunkowaty, nieco hardrockowy, jest bardzo ciemno, co z definicji niezbyt mi odpowiada, ale w praktyce wychodzi zupełnie nieźle i klimatycznie, chyba dzięki ścianom wyłożonym ładnym, nastrojowym drewnem i obwieszonym ciekawymi fantami - tymi klasycznymi a la dyplomy i kufle oraz tymi niepokojącymi jak wizerunki Che Guevary i Fidela Castro. Jeśli dobrze wywnioskowałem, wszystkie kilkanaście piw, jakie browar warzy, jest zawsze dostępne na miejscu, a co więcej przynajmniej tamtego dnia można też było każde kupić w butelce. Gastronomia jest bardzo skromna, ale za to... zupełnie darmowa, o ile się zamówi choć jedno piwo - można sobie wtedy do woli nakładać rozmaitych przekąsek.
Przygoda z Lambrate zakończyła się kupnem czterech piw w butelkach, które przywiozłem do kraju i mam nadzieję niedługo zdegustować. Zaraz po wyjściu z pubu żałowałem, że na czterech się skończyło.
Wybór piw tamtego dnia w porównaniu z kompletną ofertą browaru, w którym znajdziemy piwa przeróżne, był trochę nudny, mocno zdominowany przez proste ale'e. Browar przyjął bardzo fajną koncepcję nazywania każdego piwa jakimś gatunkiem muzycznym oraz zazwyczaj wskazówką na temat stylu trunku. Szkoda tylko, że póki co żadnego nie powiązali z jazzem. Tym razem wziąłem amerykańskie amber ale "Indie Ale" oraz "Beat Weizena", hefeweizena na sterydach w postaci amerykańskich i nowozelandzkich chmieli. Oba piwa były rewelacyjne, choć nieco mniej zachwycające niż w Lambrate. Indie Ale było być może najlepszym AAA, jakie piłem (jedynym konkurentem jest Yakima Red z Meantime, ocenione na prawie 9/10) - pachniał obłędnie, kwiatowo i owocowo, oraz posiadał goryczkę o idealnej wysokości, a Beat Weizen przywrócił mi wiarę w koncepcję weizena chmielonego po amerykańsku - również dużo do powiedzenia miała kwiatowość, ale jednocześnie nie przykrywała świetnych, typowo weizenowych akcentów. Niestety w pubie wysiadły mi baterie w aparacie i pozostałem z tym oto kompletnie rozmazanym zdjęciem. Na pocieszenie zainwestowałem w pięć różnych piw butelkowanych, w tym te dwa, które są na fotografii.
Oba miejsca wywarły na mnie duże wrażenie - Lambrate wybitnym poziomem piwa, a Osteria wysokim poziomem piwa oraz sympatycznością samego miejsca. Do tej drugiej powrócę na pewno jeszcze nie raz i nie dwa ze względu na jej lokalizację - nie ma o czym mówić. Gorzej z Lambrate, które jest wyrzucone trochę daleko od wszystkich interesujących mnie miejsc w Mediolanie, ale jeśli przywiezione piwa butelkowane okażą się być na podobnym poziome co lane, to nie wyobrażam sobie, bym nie wrócił tam po następne, jeśli już znajdę się w mieście. Ostatecznie Lombardia bardzo mnie pod względem piwa urzekła i zachęciła do zgłębiania całej Italii od jej browarniczej strony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz