We wstępie, który popełniłem pod koniec kwietnia ubiegłego roku, zapowiedziałem, że poza standardowymi recenzjami piw będą się pojawiać wpisy innego rodzaju. Długo trzeba było na takowy czekać, ale w końcu jest. Pierwszy i miejmy nadzieję jeden z wielu wpis z serii "Podróże", w których zdawał będę relację ze wszelkich swoich wypraw z piwem w tle. Należy odróżnić tę serię od domniemanej serii "Miejsca", w której mam zamiar opisywać szczegółowo dane browary, browary restauracyjne czy piwiarnie. "Podróże" będą luźniejsze, mniej szczegółowe, bardziej refleksyjne.
Obchody pierwszej rocznicy aktywności bloga przesunęły się o dwa dni, bowiem gdy upływał rok od recenzji Fischera Tradition, znajdowałem się w autobusie powrotnym z Pragi. Wypad do stolicy Czech był krótki, a jego głównym celem była klasyczna, nie piwna turystyka, niemniej jednak udało mi się zahaczyć o trzy ciekawe miejsca, a konkretniej browary restauracyjne.
Nie później niż za pół godziny byłem w kolejnym tego typu obiekcie, kompleksie hotelowo-restauracyjno-browarniczym U Medvidků. Tu głównym celem był posiłek, więc skierowałem się nie do samego browaru, umieszczonego na piętrze, a do restauracji. Z zewnątrz jeszcze bardziej niepozorny; jego wnętrze nie było zaś tak bogate jak w U Fleků, ale całkiem przyjemne, swojskie, pogodne, może nawet zyskiwało nieco na przytulności. Niestety znowu - tym razem przeginając w drugą stronę - rozczarowała obsługa (a może raczej system panujący w tym miejscu), która namawiała mnie na zwykłego, masowego Budvara, dziwnie broniąc się przed piwami własnego wyrobu. Jak się okazało, w restauracji dostępne było tylko jedno, niefiltrowany lager w butelce, po inne trzeba by było się zgłosić na górze, w pubie, po posiłku - wybitnie, ale to wybitnie idiotyczne rozwiązanie.
Wziąłem to, co było i niestety nie zostałem mile zaskoczony - jedyna niezwykłość piwa przejawiała się w tym, że zakropione było trochę za dużą nawet jak na Czechy dawką diacetylu. Nałożyło się to na zmęczenie podróżą i zmęczenie posiłkiem i podarowałem sobie wchodzenie na górę. Odwiedziłem jednak nieźle zaopatrzony sklepik browaru, kupiłem dwa piwa butelkowane inne niż to, które wypiłem w szynkowni i przywiozłem ze sobą do kraju - U Niedźwiadka dostanie więc niebawem drugą i trzecią szansę - już na odległość.
Wziąłem to, co było i niestety nie zostałem mile zaskoczony - jedyna niezwykłość piwa przejawiała się w tym, że zakropione było trochę za dużą nawet jak na Czechy dawką diacetylu. Nałożyło się to na zmęczenie podróżą i zmęczenie posiłkiem i podarowałem sobie wchodzenie na górę. Odwiedziłem jednak nieźle zaopatrzony sklepik browaru, kupiłem dwa piwa butelkowane inne niż to, które wypiłem w szynkowni i przywiozłem ze sobą do kraju - U Niedźwiadka dostanie więc niebawem drugą i trzecią szansę - już na odległość.
Nastąpiła krótka przerwa w zwiedzaniu piwiarni, a ja nabyłem refleksję, dostrzegając, że chyba każda restauracja, która nie ma własnego piwa, serwuje Pilsnera Urquella. Szyldy tej marki są naprawdę wszędzie, ma ona chyba w Czechach większą siłę rażenia niż u nas Tyskie i Żywiec razem wzięte. I popadłem w zazdrość, bo choć Urquell w obecnej formie, podobnie jak ciemne flekowskie, nawet nie stał obok czegoś przypominającego majstersztyk, uważam go za solidny napój, którego nie wstyd zamówić w knajpie i sparować z jedzeniem. Inna sprawa, że Czesi popadają z lubością w tę solidność i piwa wybitne już ciężko u nich dostać. W międzyczasie przeleciała mi przed nosem wizyta w browarze przy klasztorze na Strahowie - akurat był w krótkim remoncie. Jak się później dowiedziałem - ogromna szkoda, że tak się stało.
Klasztorny specjał nie wypalił z miejsca, wyraźnie potrzebował czasu na ogrzanie - kiedy już jednak nabrał odpowiedniej temperatury, zaczęły się dziać rzeczy tak interesujące, że początkowo ciężko było mi powiedzieć coś o potencjalnym stylu. Te wrażenia były jednak maksymalnie połową sukcesu, bo okazało się, że kuchnia browaru jest po prostu wyśmienita - na tyle, że nie mam serca nie wrzucić tu zdjęć posiłku. Dawno, naprawdę dawno nie zachwyciłem się żadnym daniem tak bardzo jak ichnimi żeberkami w sosie z ciemnego piwa z chlebem własnego wypieku i kolbą kukurydzy; dawno, a tutaj to już może nawet nigdy, żadna przystawka nie urzekła mnie tak jak migdały w śliwkach owiniętych boczkiem - brzmi to ryzykownie, ale okazały się przepyszne i naprawdę doskonałe na początek (pierwotnie było sześć, ale ciekawość była szybsza od aparatu).
U tří růží opuszczałem wreszcie z poczuciem zadowolenia, a w dodatku ekscytacji dniem jutrzejszym, kiedy to otworzony miał być sklepik browaru. Jak się okazało, nie tylko browaru, ale chyba w ogóle klasztoru św. Jerzego z jego różnymi wyrobami. Nabyłem dwa piwa - znów okazało się, że inne niż próbowałem na miejscu - przywiozłem do kraju i lada dzień zdegustuję w trochę mniej nastrojowych, za to bardziej obiektywnych warunkach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz